UFOMAMMUT – 8 (Supernaturalcat)

Recenzowanie nowej płyty Ufomammut to raczej niewdzięczne zadanie. Darzę Włochów sporą sympatią, widziałem ich kilkukrotnie na żywo i za każdym razem były to co najmniej dobre koncerty, niemniej wieść o nowym albumie nieszczególnie podniosła mi ciśnienie. Sentyment nakazuje mi jednak sięgać po ich kolejne wydawnictwa, nawet jeśli szansa, że czymkolwiek mnie zaskoczą, jest chyba minimalna. Ten sam sentyment sprawia zresztą, że tracę resztki obiektywizmu. Z jednej strony nie mam serca, żeby powiedzieć o nich złe słowo, z drugiej chciałbym, żeby Włosi potrafili mnie jeszcze wciągnąć w swoją muzykę tak, jak robili to na „Idolum” czy „Eve”. „8” to właśnie taka płyta pomiędzy – czasem nieszczególna, wręcz lekko nudnawa, czasem zaś potrafiąca przypomnieć, że w Ufomammut są jeszcze spore pokłady kreatywności.

Ponoć to te „płyty środka” są najgorsze i to o nich najszybciej się zapomina, ale na szczęście „8” nie jest – a przynajmniej niezupełnie – albumem bardzo bezpiecznym. Oczywiście Ufomammut nawet w najmniejszym stopniu nie odcięli się od brzmienia, które mają już chyba zapisane w DNA. Najnowsza propozycja Włochów to zatem wciąż granie z najcięższej kategorii wagowej, wolne, psychodeliczne, brudne i bulgoczące. Zdarzają się jednak momenty, w których zespół wprowadza pewne niuanse i szczególiki, które, choć może nie zmieniają diametralnie oblicza „8”, to sprawiają, że odbiór tego albumu jest lepszy. Świetnym przykładem jest „Core” z bardzo specyficznym riffem i nietypowym jak na chłopaków strojeniu – osobiście nie pamiętam, kiedy ostatnio wpadli na tak prosty, a przy tym zajebisty pomysł. Wyjątkowo często zdarzają im się też wycieczki w nieco bardziej space’owe klimaty, jak choćby w „Warsheep”, gdzie kwaśny motyw rodem z Hawkwind bije się o pierwszeństwo z typowym, sludge’owym bulgotem. W „Psyrcle” charakterystyczny, narkotyczny odjazd wzbogacony zostaje zaś o damskie partie wokalne, zaś sam utwór w równym stopniu, co na ciężarze, oparty jest na złowrogim transie. Generalnie jednak „8” to Ufomammut, jaki dobrze znamy, zaś sam materiał nie jest szczególnie zaskakujący. Wszystkie te dodatkowe smaczki, jak to smaczki właśnie, akcentują tylko doskonale znaną propozycję, zaś samo meritum pozostaje niezmienne.band

Sięgając po nowy album Ufomammut należy sobie przede wszystkim postawić pytanie, czego tak naprawdę po tej płycie oczekujemy. Nie wiem, czy są na świecie osoby, które sądzą, że Włosi są w stanie zaskoczyć czymś więcej niż jakimś bardziej nieoczywistym riffem czy małą brzmieniową sztuczką, ale jeśli ktoś potrzebuje po prostu dobrej, ciężkiej i transowej muzy pod blanta, to „8” jest doskonałym wyborem. Mimo, iż krążek nie doskakuje do osiąganego niegdyś przez zespół poziomu, również poniżej pewnego po prostu nie schodzi. Ufomammut grają to, co czują i co wychodzi im najlepiej, a fakt, że nie silą się na przesadne eksperymenty może im wyjść tylko na dobre. Krótko mówiąc, stopniowanie ciężko-ciężej-Ufomammut wciąż jest jak najbardziej prawidłowe.

Michał Fryga

Cztery