Tyrant Wrath – Torture Deathcult (Battlegod)

Już od dłuższego czasu zabierałem się za sekcję debiutu szwedzkich przyjemniaczków z Tyrant Wrath, ale jakoś zawsze na talerzyku pojawiało się danie, które uważałem za smaczniejsze. I zazwyczaj, przeplatając takie sesje z pojedynczymi strzałami „Torture Deathcult”, srodze się rozczarowywałem.  No, bo jak tu zestawiać różnej maści wynalazki z niemal trzema kwadransami surowej czerni doprawionej thrashmetalową wściekłością? Nie da się!

 

Szwedzi bez skrupułów zarzynają Bogu ducha winnego świniaka w otwierającym płytę „Hollow” i przez następne kilkadziesiąt minut prezentują jak można zabawić się pozbawionym życia truchłem w tradycyjnej, szwedzkiej kuchni. A sposobów, które poznaliście już dzięki płytom Satyricon, Marduk, Darkthrone, Sorcery, Immortal czy nawet Behemoth jest tutaj naprawdę sporo. Bo czego niby mieli byście spodziewać się po ekipie, która wychowała się w regionie przesiąkniętym aurą czarciego metalu? „Torture Deathcult” to hipnotyczny black przerywany wybuchami death/thrashowych petard, z rzadka wygaszonymi bardziej melodyjnym graniem. To zupełnie tak, jakby połączyć norweską surowicę ze szwedzką precyzją, dokładnie wymieszać i podać okraszone wszelkiej maści dodatkami, które mają poprawić smak potrawy. Niby już gdzieś to wszystko konsumowaliśmy, niby aromaty starają się przedrzeć przez mroki pamięci, ale nie – ten kotlet jest świeży i nie czuć w nim zapachu kuchni niektórych bohaterów programu Magdy Gessler. A że sposób podania jak najbardziej trafia w moje gusta, to tym bardziej skuszę się na repetę. No, może poza zamykającym krążek „I, Above”, który jest niczym więcej, jak zmielonymi resztkami z poprzedzających go ośmiu dań podanymi na pozornie nowym talerzu. No, specialite de la maison „to to” nie jest, a ja z chęcią skróciłbym „Torture Deathcult” do 35 minut i z dużo większą częstotliwością katował się wtłaczającym w fotel, rozbujanym „The Ravens are Rising”, adekwatnie bezkompromisowym „Hellfuck”, czy najbardziej melodyjnym, idealnym na koniec uczty, utworem tytułowym.

Tyrant Wrath to najwyraźniej ekipa, która nie zwraca uwagi na to, co modne. Chłopaki napierdalają dokładnie to, co czują najlepiej i ten wydawałoby się zlepek wpływów i inspiracji całkiem nieźle sprawdza się w warunkach bojowych. Cielaka ubili, mnie poważnie pokaleczyli, a jak będzie z Wami? Sami sprawdźcie, jeśli uważacie, że black może być surowy i niekoniecznie nagrany w piwnicy sąsiada na ledwie żywej Unitrze.

 

Dooban 4,5