TURNSTILE – Time&Space (Roadrunner)

Roadrunner dawno nie wypuścił tak dobrego wydawnictwa. No, może poza Code Orange, które trochę usilnie próbuje wyznaczyć nowe standardy w ciężkim napierdalaniu. O nich jednak niebawem, bowiem szykuje się kolejny, duży album, który z całą pewnością podzieli metalowe środowisko.

Nim to jednak nastąpi, zobaczmy co słychać u Turnstile. Dla tych, którzy o zespole nie słyszeli, jest to hardcore’owa supergrupa, powstała w czasie gdy inny gigant tego grania Trapped Under Ice powoli udawał się na spoczynek. Dziwnym trafem stało się tak, że w trakcie przerwy tegoż, mnożące się jak grzyby po deszczu side projecty zyskały większy rozgłos niż macierzysta formacja. Największy przypisano Turnstile, tuż za nimi Angel Dust – grupie, która chcąc nie chcąc swoim pokracznym, łobuzerskim stylem wywarła wpływ zarówno na nowy materiał reaktywowanego Trapped Under Ice, co na „Time&Space” – drugi w karierze longplay nowych twarzy w katalogu legendarnej wytwórni. Stylistycznie doszło tutaj do zmiany, i mniemam, że nie jest to tylko wina aktualnych trendów, co rezultat współpracy z Willem Yip, który jest odpowiedzialny za przełomowe krążki w dorobku m.in. La Dispute czy obecnie lawirującego na granicy shoegaze i post-grunge Title Fight.photo_1

I sprawa ma się tak – Turnstile odwróciło stylówę o 180 stopni, zamieniając bezpośrednie inspiracje Rage Against The Machine na pop-punk, alternatywę i miszmasz rodem z płyt Snapcase. Punk, hardcore, zwał jak zwał, jest tutaj tylko punktem wyjścia do szerszego kombinowania, i prawdę mówiąc, w tej mało spójnej formule (co zwiastowały diametralnie różne single) na razie zespołu nie kupuję. Wiem, co dzieje się na scenie, słyszę (lubię) zmiany i rozkochanie w magicznych latach 90., ale brakuje tu pary i pieprznięcia jakie cechowało „Nonstop Feeling”. Groove ustąpił miejsca eksperymentom to z klawiszem, to z senną, leniwą narracją („I Dont’ Wanna Be Blind”), przez co dzisiejsze Turnstile to zespół może i dojrzalszy, szukający właściwej drogi, ale jakby mniej szczery; kiedy atakuje z furią, przypomina niechlujny, rock’n’rolliwy sznyt wspomnianego Angel Dust. Dla jednych będzie to rekomendacja, dla drugich… czas pokaże.

Grzegorz Pindor

Trzy