TURNIP FARM – All The Tangled Girls (Locco Rec./Gustaff Rec.)

Mam doskonałą wiadomość dla wszystkich żałobników, wyciskających łzy nad grobem Blue Raincoat. Mam też przesłanie dla niepoprawnych, nieuleczalnych melancholików, z rozrzewnieniem wspominających wspaniałe lata 90 – te. Nie musicie targać się na swoje życie, bo wszystko już przepadło. Nie musicie, bo jest Turnip Farm, gdzie obok lidera wspomnianej formacji pojawiają się postaci znane chociażby z George Dorn Screams czy Tin Pan Alley…

Jako wielki fan amerykańskiej alternatywy z początków lat 90 – tych cieszyłem się z sukcesów formacji Blue Raincoat, szczególnie dwie pierwsze płyty zespołu bardzo przypadły mi do gustu. Dlatego po śmierci grupy, podświadomie czekałem, że gitarzysta Marcin Lokś znowu pojawi się na muzycznym firmamencie. No i doczekałem się.

„All The Tangled Girls” to – mam nadzieję, że zespół  się nie obrazi – wielki hołd dla amerykańskiego indie rocka, dla przesterowanej gitary i dla twórczości J. Mascisa. To właśnie powinowactwo z Dinosaur Jr. jest słyszalne niemal w każdym numerze. Błotnisty miód (jeśli ktoś myśli, że nazwa Mud – Honey pojawia się przypadkowo, jest w błędzie…) oblepiający riffy, świetna praca perkusji i przede wszystkim – znakomite, rewelacyjne w swojej melancholii melodie to główne wyznaczniki muzyki grupy. Skoro o melancholii mowa – słychać też w twórczości zespołu jakieś dalekie echa Seam czy Slint, ale jest też zgrzytliwość Dischord’owych tuzów. Słowem – wszystko, co w niezależnej muzyce epoki post – grunge’owej i post – hardcore’owej było istotnego. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że zespół gra bardzo współcześnie,  dbając o brzmienie, aranżację i charakter tych piosenek, dzięki czemu można płyty słuchać jako zbioru udanych, rockowych szlagierów.

Hitem płyty jest „Debonair” z zaraźliwym wręcz refrenem – gdyby w rozgłośniach radiowych nie pracowali debile, ta piosenka powinna budzić nas i utulać do snu codziennie, aż do znudzenia. Na szczęście (niestety?) eterem rządzą muzyczni ignoranci i głusi biznesmeni, dlatego przebojowa moc „All The Tangled Girls” pozostanie w podziemiu i będzie cieszyć uszy garstki wtajemniczonych. Tuż za wspomnianym songiem ustawiają się majestatyczny „The House of Suave” i kolejny, nieśmiertelnik, zarażający dawką pozytywnych i przebojowych soków – „Dazzling Reasons”. Na koniec odpływamy w morzu przesterów za sprawą wyłącznie gitarowego „Swell”.

Każdy kawałek to przykład bezpretensjonalności w muzyce – nieśpieszna narracja, proste pomysły aranżacyjne, zero nerwowych ruchów, raczej medytacja niż agresja. Płyta jest dobra dramaturgicznie, bo choć przeważają tu spokojne, wolne kawałki, nie ma w nich zbytnich dłużyzn i przynudzania. Być może jedynym, drobnym minusem jest fakt, że płyta spodoba się głównie podobnym mnie fanatykom muzycznej archeologii. Cóż, zamiast słuchać nieudanych, głupawych idoli produkowanych na zamówienie TVN czy Polsat, warto czasami poszperać na prowincji, bo to ona dzisiaj nobilituje niezależne, gitarowe granie…

Arek Lerch