TURBOWOLF – Two Hands (Spinefarm)

Spotkałem się ze stwierdzeniem, że muzyka Turbowolf przemawia do słuchacza „niewyrobionego” i „niedojrzałego”. Będąc członkiem zespołu cieszyłbym się z takiej opinii, bowiem to rzeczywiście są dźwięki adresowane do czystych emocji, generujące radość i energię właściwą ludziom młodym i względnie bezrefleksyjnym. Turbowolf może nie podobać się zmanierowanym pierdzielom, dla których szczytem uciechy jest winylowe zbieractwo i wylewanie na portalach społecznościowych żali, że „ojej, ale ta dzisiejsza muzyka jest do niczego”. Ale kto poważny chciałby, aby jego muzyki słuchali tacy zblazowańcy?

Z pewną przykrością stwierdzam, że metrykalnie bliżej mi już do rzeczonych koneserów-smęcilieli, i nawet wąs nie sprawia, że choćby wyglądam na reprezentanta tego samego pokolenia co zespół Turbowolf. Nie przeszkadza mi to cieszyć się zawartością „Two Hands” nie mniej niż ich debiutanckiego albumu. Oczywiście z drugimi płytami jest tak, że wrażenie jest zawsze trochę mniejsze, bo siłą rzeczy brakuje już tego elementu zaskoczenia i dziewiczego kontaktu z nową kapelą. Na szczęście Turbowilkom pozostało to, co najważniejsze – świetne numery, czysty rock’n’roll i radość z grania. „Two Hands” nie ma już tego punkowego sznytu a’la wczesne Backyard Babies, którym urzekał ich debiut, a środek ciężkości przesuwa się na odrobinę psychodelii, lekko zakwaszającą połączenie rockowej wibracji i popowej chwytliwości. Ujmując rzecz bardziej obrazowo, brzmi to jak połączenie wczesnego Queens of the Stone Age z najbardziej piosenkowymi fragmentami „Noctourniquent” The Mars Volta. To oczywiście dość przybliżony opis, bo Turbowolf nie gra slalomu międzygatunkowego, nie oszałamia technicznymi fajerwerkami ani też nie stylizuje się na retro (tu rozczarowany Lee Dorrian dyskretnie chowa do kieszeni gotowy kontrakt z Rise Above). „Two Hands” to sam konkret – refreny lepią się do mózgu, kawałki przeważnie mieszczą się w magicznych trzyminutowych widełkach, nikt tu nie sili się na muzyczną rewolucję, za to wszyscy się dobrze bawią. O to zawsze chodziło w rock’n’rollu, zanim jego fani się nie zestarzeli i nie zamienili go w wielką, wzniosłą sztukę.TurboWolf

Nie jestem aż tak inteligentny jak inne internetowe mądrale, nie umiem więc miarodajnie określić, czy Turbowolf jest zespołem, jak to się dziś modnie określa, „przehajpowanym”. Słucha ich tylu fanów, ilu słucha, więc najwyraźniej komuś się to po prostu podoba. Czy to hipsterski wynalazek, to pytanie kierujcie do redaktor Gacek. Nie wiem też, czy ta muzyka to rock’n’roll na miarę największych legend gatunku – pewnie nie, ale takie rzeczy widzi się z perspektywy czasu. Wszystko to, i wiele innych rzeczy związanych z Turbowolf, zupełnie mnie nie interesuje. Mi osobiście „Two Hands” dostarcza porcji świetnych, rockowych numerów, które od paru dni cieszą mnie i nie chcą się znudzić, choćbym się starał. Czego chcieć więcej od muzyki?

Bartosz Cieślak

Cztery i pół