TURBOWOLF – The Free Life (Spinefarm)

Turbowolf wszedł na muzyczny rynek z buciora. Ich debiutancka płyta, będąca wybuchową mieszanką m.in. rock’n’rolla, garage rocka, punk rocka czy rocka psychodelicznego, wprawił w zachwyt właściwie wszystkich – od fanów stonera, po wielbicieli norweskiego black metalu. Taki to był krążek – wypełniony hitami, bujający, pełen energii oraz zapowiadający, że Turbowolf może stać się dużą nazwą. Tymczasem od debiutu minęło siedem lat, a Brytyjczycy nadal grają w małych klubach dla stosunkowo nielicznej publiki i raczej nie sprzedają płyt w milionach. Co poszło nie tak? Nad tym między innymi zastanawiamy się z kolegą Adamem przy okazji premiery ich nowej płyty.

Paweł: Słucham sobie tego „The Free Life” i jakkolwiek bardzo mi się ta płyta podoba (podobnie jak podobała mi się „Two Hands”) to jakoś nie mogę odeprzeć od siebie myśli o zmarnowanym potencjale. Pamiętam jak wyszedł debiutancki krążek Turbowolf, a to nie było wcale tak dawno, siedziałem wtedy na różnych forach – Facebook jeszcze raczkował – i wydawało się, że to będzie wielki zespół, który może w tej dekadzie namieszać. Tymczasem dekada dobiega końca, a oni chyba nie sprostali oczekiwaniom. Ani ten krążek, ani poprzedni koło debiutu nawet nie stał. Do tego mam wrażenie, że panowie trochę się zapętlili…

Adam: To prawda, debiut to parę ładnych lat wstecz. Pamiętam, że bez wsparcia jakiejkolwiek wytwórni, prosto z garażu przedostali się do świadomości zupełnie szerokiej grupy słuchaczy, wszystko poprzez pocztę pantoflową. W polskim internecie toczył się nawet zażarty spór, która z grup – Turbowolf czy Kvelertak – gra kliszami w sposób bardzo smaczny, a która przekracza cienką linię absurdu. Nie było nic pomiędzy, bo pamiętam bardzo spolaryzowane opinie. W tym kontekście nie ma wątpliwości, że Kvelertak zgrabniej pokierował swoją karierą (aspekt artystyczny pomijam). No, ale debiut Turbowolf to był prawdziwy strzał: wypracowali sobie charakterystyczne brzmienie, pokazali kilka różnych twarzy, dodatkowo – każda piosenka była potencjalnym hitem. Tego zabrakło na „Two Hands”. I chociaż zgadzam się z grubsza z twoimi obserwacjami, dostrzegam też światłeko w tunelu, bo pod względem songwritingu „The Free Life” stoi moim zdaniem poziom wyżej od poprzednika.T

Paweł: To porównanie z Kvelertak jest bardzo ciekawe, już prawie o nich zapomniałem, a chyba nawet pisałem na Violence o ich ostatnim krążku. I zgoda – Kvelertak dużo lepiej wykorzystał zainteresowanie, którym cieszył się po wydaniu debiutu. Turbowolf troszkę przepadło: myślę że jednym z czynników była długa przerwa pomiędzy debiutem a „Two Hands” – aż cztery lata. Sporo ludzi zdążyło o Brytyjczykach zapomnieć… Może „The Free Life” będzie swoistym punktem zwrotnym w ich karierze? No i zgadzam się, tutaj piosenki są lepsze niż na poprzedniczce, a przy tym nie tracą nic ze swojej zadziorności.

Adam: Nawet nie wiedziałem, że to były aż cztery lata… Najgorsze, że efektem ich prac była płyta po prostu przeciętna. Nie wiem, czy zachłysnęli się namiastką zainteresowania (ułamkiem tego, czego mogliby doświadczyć przy konsekwentnym rozwoju), czy kwas wjechał za mocno. Za tą drugą opcją przemawia fakt, że „Two Hands” to krążek dziwny, bardzo punkowy, wypełniony ekstrawaganckimi wokalizami i trochę wyprany z pomysłów – jakby miało wystarczyć samo brzmienie. Nie wystarczyło. „The Free Life” debiutu nie przebije (kwestia sentymentu też), ale z pewnością jest krokiem ku lepszemu. Postawili na prostotę i riff, a Georgiadis jest tutaj w o wiele lepszej formie. Co do sukcesu, takiego prawdziwego – nie wiem, czy ten pociąg już nie odjechał.

Paweł: Cóż, jakby ich porównać z takim Ghost, który debiutował w podobnym okresie… No, tu nie ma nawet czego porównywać, skala jest zupełnie inna. Wiadomo, że Ghost z tym całym strojeniem się i tajemniczą otoczką miał od początku większy potencjał komercyjny, ale i tak Turbowolf stać było na więcej.

Adam: Nie, nie ma co porównywać. Zresztą myślałem o tym ostatnio i oni marketingowo nie mają startu nawet do takiego Royal Blood, wokół którego nadmuchano potężny hajp. Prosta historia, dwóch brodatych młodzieńców robi hałas za cały zespół i śpiewa piosenki o uczuciowych dylematach (nie ujmując im przy tym talentu do pisania dobrych rzeczy). Turbowolf z miejsca stoi na straconej pozycji, bo kogo dziś poruszy ekscentryczny Georgiadis? Pozostaną średniego kalibru zespołem, wydającym dobre płyty i grającym świetne koncerty. Jedyną szansą na wbicie się do jakiejś większej wytwórni było pójście za ciosem po debiucie, tymczasem, jak już wspomniałeś, wszystko się jakby rozmyło. Nie wiem, co musieliby zrobić, by doskoczyć do poziomu Royal Blood albo Death From Above. Wspominam te nazwy, bo wokaliści obu występują gościnnie na „The Free Life”, co tylko uświadomiło mi, że Turbowolf gra dzisiaj bardzo podobną muzykę. Niby fajnie, ale to też kolejny dowód na to, że utracili wyjątkowość z debiutu, gdzie potrafili zaskoczyć elektronicznym wstępem albo zagrać jak RHCP.

Paweł: A który z numerów znajdujących się na nowej płycie ma największe szanse na komercyjny sukces? Udało im się nagrać jakiś hit?

Adam: Hitów raczej nie ma, ale największy potencjał ma „Domino” z Kerrem i… „Cheap Magic” z Graingerem. Są tutaj piosenki lepsze, ale dwie wspomniane miałyby jakąś szansą przebić się do radia. To jednak zaledwie akademickie rozważania, bo takiego sukcesu to oni już nie zobaczą na oczy – dobrze to, czy nie.live

Paweł: Zasadniczo to każda piosenka by się do radia nadała. Nie ma tu żadnych odlotów, kwasów i tym podobnych, wszystkie te numery to wysokooktanowy rock’n’roll, że tak zajadę tekstem rodem z Wychowanego na Trójce (śmiech).

Adam: To znaczy tak, nadałaby się, ale porównując raz jeszcze do Royal Blood – nie ma tutaj takich oczywistych przebojów. Są dobre piosenki, jednak… dla masowego słuchacza odrobinę zbyt zagmatwane. Chociażby taki „Very Bad”, chyba mój ulubiony – kluczowym momentem jest tutaj piękne zwolnienie, nie jakiś „duży” refren. W każdym razie, fajnie, że odstawili kwasy i że znowu piszą dobre piosenki. Po wydaniu „Two Hands” opadł mnie wielki niedosyt, tutaj to uczucie znika. Nie ma przewijania słabszych numerów ani krzywienia się z niesmakiem. To jest naprawdę dobra płyta i tylko odrobinę żal zmarnowanej przy okazji wcześniejszego wydawnictwa szansy.

Rozmawiali Adam Gościniak i Paweł Drabarek