TT – Rzeczpospolita Czartowska (Ataman Production)

Twórcy ambitni i niepokorni nie mają w tym kraju lekko. Nie wiem czy to tylko nasza, polska przypadłość, ale jakoś dziwnie się złożyło, że lubujemy się w tym co znane i łatwe do sklasyfikowania a jeśli ktoś próbuje przekazać nam dźwięki, wymagające uwagi i myślenia, najczęściej zwyczajnie przepada w otchłani zapomnienia. Sto dwudziesty trzeci klon Morbid Angel ma na starcie o wiele większy kredyt zaufania niż zespół, który stara się stworzyć coś własnego i niepowtarzalnego. Na takim to właśnie mało podatnym na odbiegające od normy rzeczy gruncie przyszło rozwijać się ziarnu, którego imię brzmi TT. Niespełna dwa lata temu miałem okazję pozachwycać się na szacownych łamach Violence debiutanckim krążkiem projektu i dziś, w chwili gdy dostajemy do łapek krążek numer dwa wypada wytknąć tym i owym, że nadal jest to twór niszowy, który skazany jest na niezauważanie i w tejże głębokiej niszy egzystowanie. No cóż, trudna i niepokorna muzyka wymaga uwagi i chęci by zatopić się w niej z choć odrobiną refleksji a do tego nikogo nie zmusimy…

 

„Zima skuje wam mordy” a zrobi to w sposób chamski i znacząco różny od tego, który poznaliście (mniemam, że jeśli ktoś nadal czyta te słowa, debiutancki „Corona Regni Satanae” jest krążkiem dobrze mu znanym) za sprawą pierwszego, muzycznego objawienia jakie zaserwował nam jakiś czas temu odpowiedzialny za ten projekt Ataman Tolovy. Powiem nawet więcej, jeśli krążący gdzieś pomiędzy Voivod a nowoczesnym Mayhem debiut TT trafił w wasze chore gusta to mała jest szansa na to, że „Rzeczpospolita…” stanie się płytą, która ukradnie wam jakże cenny czas. Pokrętne meandry w jakich zatapia się nowa muzyka TT mogą powalić na kolana nawet najtwardszych zawodników. Wiem, że nic nie wiem – chciałoby się rzec, słuchając tego albumu, w którym niby – black łączy się z surowym jak zima na Syberii sludge. Garażowe brzmienie (stąd skojarzenie ze sludge) w jakie ubrał swoją nową muzykę Ataman sprawia, że jest ją poznać jeszcze trudniej. Początkowo próbując jakoś ulokować dźwięki, z którymi przyszło mi się zmierzyć, uczepiłem się kilku złudnych porównań; Morowe, FDS, Voivod – wymieniać można by długo i namiętnie, co wcale nie świadczy o tym, że „Rzeczpospolita Czartowska” jest albumem niespójnym. Wręcz przeciwnie, muzyka, jaką serwuje nam Ataman jest tak alogicznie logiczna, że aż konsekwentna. Migawki w jakich pojawiają się skojarzenia wiążące ten projekt z innymi twórcami nie są tu najważniejsze; wszak dziś każdy zespół, każdą muzykę da się rozłożyć na czynniki pierwsze i porównać do kogoś lub czegoś, tylko, że nie tędy droga.

„Rzeczpospolita Czartowska” to album zabijający chorym, mrocznym klimatem; chwilami muzyka płynie w sposób niemal filmowy, chwilami ociera się o improwizację. Jest dziwnie, duszno, raz black metalowo a innym razem eksperymentalnie thrashowo. Muzyka ta przytłacza, ale ma w sobie coś takiego co nie pozwala się od niej oderwać. Osobiście słuchając tego albumu czuję się jakbym z każdym kolejnym utworem zatapiał się coraz bardziej w pasjonującej opowieści od której oderwać się nie sposób. Historia ta rozwija się na polu dźwięku, tekstu, brzmienia…

Proste motywy perkusyjne stają się radzeniem, na którym osadzone są gitary i cała reszta; niecodzienny wykrzykujący dziwaczne herezje wokal, dobijający się o swoje bas. Mam takie wrażenie, że album ten nie jest szczytem osiągnięć kompozytorsko- aranżacyjnych lecz jako całość po prostu zabija. Czasem surowa forma może być  bardziej wyrazista i wymowna niż najbardziej ekwilibrystyczna technicznie gra.

Jeśli lubicie muzykę brudną, czasem chaotyczną, czasem nawet melodyjną i odjeżdżającą w rejony o których nie śniło się nawet starym proboszczom, to moim zdaniem płyta ta zakręci wam na długo kurek z wolnym czasem. „Rzeczpospolita Czartowska” to rzecz wymagająca uwagi, lecz jednocześnie jedna z niewielu płyt, których w tym roku słuchałem z prawdziwą satysfakcją. Płyta, od której ciężko się będzie uwolnić…

Wiesław Czajkowski

Pięć i pół