TT – Corona Regni Satanae

Ten album będzie dla wszystkich cholernym zaskoczeniem, pozostanie niezrozumiany a może nawet wyklęty i zapomniany. Dlaczego tak sądzę? Obawiam się, że większość słuchaczy, którym dane będzie zasmakować dzieła TT zwróci na ten projekt uwagę głównie przez wzgląd na tworzące go persony. Jeśli szukacie dźwięków podobnych w swej formie do tego, co tworzy Stilborn to drodzy czytelnicy trzymajcie się od TT możliwie jak najdalej. Ataman Tolowy stworzył album, który być może i planował od dawna, ale fakt pozostaje faktem, płyta ta nie jest podobna do czegokolwiek co ten człowiek stworzył do tej pory…

Jeśli czytacie dalej te słowa to znaczy, że trafiłem na grunt podatny na, którym zeschizowane, muzyczne ziarno ma szansę zapuścić korzenie… Nie oczekujcie ode mnie pomocy, tego, że nakieruję Was na powszechnie znany ciąg porównań, dzięki któremu łatwiej przyjdzie sklasyfikować TT. „Corona Regni Satanae” to muzyczna eskalacja obłędnego, kosmicznego thrash’u w stylu Voivod, trochę bardziej prostego grania, jakim raczy nas Slayer, blackowych eksperymentów Mayhem z czasów „Ordo ad Chao” i nade wszystko wielu dziwnych, wcale niejednoznacznych odniesień do industrialnych odjazdów znanych z obozu Godflesh. Gdy dodam do tego słyszane w kuluarach płyty Neurosis to pomyślicie pewnie, że oszalałem do końca… Nie będę próbował udowodnić , że jestem „normalny”, ale ta płyta na pewno taka nie jest. Ciężko jest opisać zawartość tego krążka, pomijając swoisty, stylistyczny eklektyzm rozpasany do granic możliwości. Wspomnieć trzeba o mistrzowsko zaaranżowanym wokalu, który porusza się w bardzo szerokim spektrum dźwięków. Głos chwilami szepcze do ucha herezje zawarte w tekstach, by niemal niepostrzeżenie wybuchnąć pełnym opętania nieludzkim wrzaskiem. „Corona Regni Satanae” to płyta trudna i niewdzięczna. Jednocześnie jest to jednak album, od którego trudno jest mi się oderwać, słucham tej płyty po raz n – ty… Świat dziwnych dźwięków pochłania bez reszty i wcale nie jest łatwo go opuścić. Mocny, dziwny, niepokorny album… Nasza polska scena chyba nie była przygotowana na takie dzieło. Muzyka ta pełna jest wizji z pogranicza światów ludzkiego i tego, który zamieszkują demony. Zadziwiające jest to jak bardzo jest to spójna płyta. Dźwiękowy chaos a mimo to słuchając „Corona Regni Satanae” ani przez chwilę nie odczuwam wrażenia, by którykolwiek z pomysłów znalazł się w miejscu, w którym się znajduje, przez przypadek.

Ataman dokonał trudnej sztuki i nagrał album z tak rozbudowaną formą, że prawie przerosła ona treść – właśnie to „prawie” po raz kolejny robi różnicę i  świadczy o wielkości tej płyty… Porażający debiut. Gorąco polecam, lojalnie ostrzegam…

Wiesław Czajkowski

Pięć