TT – Boży plan zniszczenia (Ataman Prod.)

Wymyślona i stworzona przez Atamana Tolovego trylogia zakończyła się wraz ze świetnym albumem „Brud. Smród. Ubóstwo”. Nadszedł więc czas na nowe. A nowe dźwięki podane są w nieco świeższej i bardziej niż dotychczas otwartej formule. Moim zdaniem kierunek, w którym podąża obecnie muzyka TT jest jak najbardziej obiecujący i słuszny a z eksperymentalnym black metalem, w które to piórka ubrano ten twór jakiś czas temu, TT ma dziś naprawdę mało wspólnego.

Początek materiału czyli „Uła” daje nam czytelny sygnał, że TT zaczyna eksplorować inne niż dotychczas, muzyczne krainy. Jeśli do tej pory mieliście problem z tym jak zaszufladkować zespół czerpiący z Voivod, Mayhem, Godflesh, Eyehategod to teraz próby takowe zarzucić powinniście jeszcze zanim zetkniecie się z tym materiałem. „Uła” zaczyna się z iście rockową swadą bijąc na odlew prostym acz bardzo nośnym riffem. Jest w tym numerze taka pierwotna, gitarowa moc, która sprawia, że słucha się go wręcz wyśmienicie…

„Boży plan zniszczenia” to forma bardzo otwarta muzycznie, chwilami zahaczająca o wspomniane, rockowe rejony a chwilami ciężka niczym przysłowiowe sto diabłów. O ile poprzednie wydawnictwa sygnowane logo TT wręcz niemiłosiernie zapętlały się w różnych muzycznych kreacjach, brnąc w coraz dziwniejsze stany, tym razem jest to materiał podążający starą, sprawdzoną drogą, którą dekady temu wyznaczyły bandy takie jak Celtic Frost; drogą ciężkiego riffu. Jednak Ataman nie byłby sobą gdyby rzeczony riff nie przybierał tu form bardzo różnych. Od Venomowsko/Slayerowskich po pokraczny, pełen dysonansów noise i mocno dający znać o sobie, niesamowicie brudny sludge niczym z najlepszych wydawnictw EHG. Pozorna rozpiętość gatunkowa bardzo dobrze robi temu materiałowi gdyż „Boży plan zniszczenia” staje się porcją muzyki trudną acz bardzo słuchalną i w niepojęty sposób dynamiczną. Duża w tym zasługa zgrabnie wykrojonego brzmienia, które mimo iż niesamowicie syfiaste to jednak eksponuje co trzeba.

Zastanawiam się gdzie dziś jest miejsce na taką właśnie, muzyczno-artystyczną wolność jaką uprawia TT i trochę ze smutkiem dochodzę do wniosku, że miejsca takowego nie ma. Twór ten pławiąc się w graniu trudnym i nieprzystępnym staje się indywiduum, po które sięgną nieliczni, ale mimo to, już się nie mogę doczekać kolejnej porcji dźwięków z tego obozu. Dźwięków, które za każdym razem zaskakują, czarują tekstem i zmuszają do kontemplacji formy. Trudno jest zdać relację z tego co słyszę na „Boży plan zniszczenia”, jestem też przekonany, że inny słuchacz znajdzie tu masę wpływów z zupełnie innej bajki. Oddając jednak rację chwili powiem krótko – jest to materiał, który warto poznać.

Wiesław Czajkowski

Pięć