TRZY ĆWIERCI DO ŚMIERCI – Kult Mogił/Dira Mortis/Spirits Way

Rok 2015 przejdzie do historii polskiej sceny metalowej jako kolejne dwanaście miesięcy dominacji black metalu. Trzeba to sobie powiedzieć jasno i nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Poza kilkoma wyjątkowymi nasza dzisiejsza scena metalu śmierci razi wtórnością i brakiem pomysłów choć o włos wybijających się ponad przeciętność. Taki czas, taka karma można by rzec, lecz co bardziej dociekliwi obserwatorzy, a raczej słuchacze, z pewnością zauważyli kilka płyt, które w stricte death metalowej formie uczyniły ferment tak ciekawy, że nieodnotowanie tegoż byłoby z naszej strony dużym nietaktem. W miejscu tym przywołam dwa zespoły, które w moim odczuciu zaprezentowały się zdecydowanie z najlepszej strony: Embrional i In Twilight’s Embrace wydały płyty tak mocne i ciekawe, że mimo wszystko dużym nadużyciem byłoby stwierdzenie, że był to bardzo słaby rok dla polskiego death metalu. 2015 powoli przechodzi już do historii, ale wraz z grudniowym deszczem i chłodem pod strzechy trafiają trzy płyty, które może nie tchną w jakby nie było trupa nowego życia, ale dają nadzieję, że kreatywny, death metalowy duch jeszcze nie całkiem umarł. Przed Wami trzy porcje śmiertelnego wyziewu, przy których dekapitacja wigilijnego karpia stanie się niczym innym jak prawdziwą przyjemnością.

Kult Mogił – Anxiety Never Descending (Pagan Records) Enigmatyczny ansambl z Tarnowa pojawił się w świadomości słuchaczy niczym sztukmistrz z Lublina. Z błyskiem i z arogancją prezentując w tym roku demo, które obudziło kilka osób z letargicznego płaczu nad wtórnością współczesnej sceny death metalowej. Mocno powiedziane? Być może, ale obcując dziś z debiutanckim albumem grupy, pokuszę o stwierdzenie, że jest w tym piwniczno-zatęchłym graniu coś tak bezczelnego, że moim zdaniem Kult Mogił jest na tę chwilę jednym z ciekawszych zespołów na death metalowym łez padole. Paradoksalnie, death metal jest tu gatunkiem dość umownym i nieco przyszywanym. Bardziej adekwatnym określeniem byłby obskurny death-doom z zacięciem do awangardowych wypraw poza granice postrzegania muzyki jako gatunku. Tak to widzę. Kult Mogił jak sama (wyborna!) nazwa wskazuje, para się muzyką cmentarną. Ciężką, wulgarną, balansującą na granicy kontrolowanej dzikości i chamskiej jatki. Sześć hymnów jakie składają się na „Anxiety…” to muzyka wyprana z subtelności. Bliski death metalowi muzyczny twór zagrany na ubranych w brudne, ociężałe brzmienie gitarach i walącej niczym grom, szalonej perkusji. To co od samego początku niemal uderza słuchacza to właśnie brzmienie, bardzo bezpośrednie, właściwie pozbawione ozdobników. Taka tępa, metalowa maczeta z grubą warstwą rdzy, która mimo iż nie błyszczy idealną klingą, kaleczy skutecznie i boleśnie. Z pewnością nie jest to sposób podania metalu jaki dziś zdarza się najczęściej, ale przez taką właśnie formę materiał ten sięga do korzeni i idealnie nadaje się do określenia mianem muzyki ekstremalnej.Kult Mogil album cover final

„Anxiety…” to dzieło kompletne. Utrzymane raczej w średnio-szybkich rejestrach, rozwija się z gracją znaną z albumów mistrzów starej szkoły. Już numer tytułowy wita zbłąkanego słuchacza ścianą rozwleczonych riffów, wolnych, topornych partii, które nawiązują do death/doom’owej świątynii ultra ciężkiego brzmienia. Jednak to tylko jedna ze stron medalu. Bowiem numer ten kończy się dzikim blastem, którego nie powstydziłby się nawet Angelcorpse. Moim zdaniem jest to pewien wyznacznik całej płyty. Surowe brzmienie i ciągle operujące obok siebie przeciwieństwa – ciężar i dzicz, wolne doom’owe partie i agresywne, świetne blasty. Jeśli tak ma się grać death metal z lekkim posmakiem awangardy (patrz „Początek wrażeń”) to ja ten album kupuję bez chwili wahania co też i wam radzę. W przypadku każdego nowego, muzycznego tworu wypada rzucić w błoto kilka porównań, które pomogą chętnych kontaktu z nową muzyką nieszczęśników kierować na owo dzieło lub, co bywa znacznie częściej, skierować na manowce. W przypadku Kultu Mogił chciałbym zwrócić uwagę na to, że mógłbym nazwać zespół ten połączeniem wpływów Dead Congregation, Winter, Voivod i Turin Turambar, ale nie zrobię tego gdyż to tylko moja, subiektywna projekcja, która zapewne nie znajdzie pokrycia w opiniach innych słuchaczy. „Anxiety…” to płyta intrygująca a to w moim odczuciu wystarcza za każdą ocenę.

Dira Mortis –  Psalms of Morbid Existence (Defense Records) Drugi LP Dira Mortis to świetny przykład formy doprowadzonej do perfekcji. Jeśli podobał się Wam debiutancki album grupy to właściwie wiecie czego spodziewać się po kolejnej odsłonie ich pełnej młodzieńczej werwy twórczości. Niby nihil novi, a jednak można odnaleźć tu co najmniej kilka dowodów na to, że zespół rzeźbiąc w death metalu klasycznym, czyni zeń rzecz coraz ciekawszą. Dira Mortis uprawia bowiem bardzo rzetelne rzemiosło oparte, tak jak na poprzednich wydawnictwach grupy, o mocno zaznaczone amerykańskie wzorce co bynajmniej nie jest dla zespołu żadną ujmą. Brać garściami z patentów jakie wymyśliły Immolation, Autopsy czy Death to żaden grzech pod warunkiem, że robi się z to z klasą. A death metalowej klasy Dira Mortis odmówić nie można.Dira_Mortis_Cover

Skupmy się jednak na przywołaniu dowodów, dzięki którym uda się nam wydać sprawiedliwy wyrok. Na pierwszy plan wysuwa się brzmienie. Doskonale nawiązujące do tego specyficznego, ciepłego niczym świeżo wypływająca z rany krew „starego” soundu jakim porażały przed laty pozycje z repertuaru wspomnianych już klasyków. Co ważne, bardzo organiczny charakter brzmienia podkreśla dość spora dawka przestrzeni wtłoczonej w zdawałoby się hermetyczny death’owy wyziew. Dzięki temu nie jest to muzyka płaska a bardzo selektywnie rozegrana na wielu płaszczyznach (polecam kontakt z „Psalms…” za pośrednictwem czegoś lepszego niż standardowe słuchawki do iPhone). Moim skromnym zdaniem – świetna robota. W death metalu brzmienie rzecz ważna niezmiernie lecz bez dobrych kompozycji nawet najlepiej wykonana praca w studiu idzie na marne; spieszę donieść, że jak się już pewnie z tonu mojej wypowiedzi domyślacie, nowe piosenki Dira Mortis to hymny, które pokochacie od pierwszego odsłuchu. Piękne blasty, gniotące trupim ciężarem doły i wyrywające z butów szybkie partie… W trzech słowach: miazga, miazga i jeszcze raz miazga. Właściwie to mógłbym o zaletach „Psalms of Morbid…” opowiadać jeszcze długo, ale nie będzie tak łatwo i sami też musicie odkryć na czym polega pewnego rodzaju fenomen jaki stał się udziałem Dira Mortis.

Spirits Way –  Devoid of Morality (Godeater Records) Na zakończenie pozwolę sobie skreślić słów kilka o materiale, jeszcze młodego stażem warszawskiego bandu czyli Spirits Way. Zespół ten jeszcze do niedawna określić można było jak bardzo sprawny, death metalowy twór będący pod dużym wpływem Autopsy. Jednak wydana dosłownie przed chwilą druga płyta to tak duży krok naprzód, że słowa o zbyt mocnym zapatrzeniu w idoli możemy już wrzucić do worka niepamięci. „Devoid of Morality” to progres pod każdym niemal względem. Lepsze numery, więcej brutalności (dziś więcej tu odniesień to Vital Remains, Immolation czy Incantation niż Autopsy) i zdecydowanie bardziej świadome zabawy zarówno brzmieniem jak i formą. Nadal jest to do bólu wręcz klasycznie ujęty death metal, ale obecna w muzyce Spirits Way otwartość sprawia, że materiał ten wyrasta ponad przeciętny poziom.Spirits Way

Na „Deivod of Morality” znajdziecie to za co kochacie death metal: blasty, wgniatające w ziemią zwolnienia, chaos i precyzję jednocześnie lecz to wszystko nie stanowi o ponadprzeciętnym charakterze produkcji bo te elementy składają się jedynie na typowy, brutalny death. Kreatywne oblicze materiału zespół pokazuje głównie w obszarze konstrukcji numerów, które chwilami rozwijają się na kilku płaszczyznach jednocześnie. Wiodące motywy mielą ultra ciężkim blastem i w tym kierunku podąża też wokal jednak bardzo selektywne, przestrzenne brzmienie  pozwala zespołowi w death metalowy rdzeń wtłoczyć życiodajny, wręcz rockowy flow. Dzięki tak sprawnym zabiegom stricte śmierć metalowe numery zyskują na „Devoid of Morality” zupełnie nieoczekiwany wymiar. Gdy dołożymy do tego naprawdę doskonałe, wibrujące ostrym nerwem solówki, otrzymamy materiał stojący pomiędzy klasyką a dość odważną wariacją na temat tejże. Może nie jest to odkrycie na miarę wytyczania nowych szlaków, przecież mocną podstawą jest tu klasyka, ale twórczość Spirits Way w death metalowym tonie czyni bardzo ciekawy, kreatywny wyłom, który warto spróbować usłyszeć.

Wiesław Czajkowski