TRUPA TRUPA – Headache (Blue Tapes/X-Ray Records)

Fajnie czasami zbłądzić tak, by wszyscy zastanawiali się, o co chodzi. Trójmiejska Trupa Trupa, po solidnej, drugiej płycie, podkreślonej niecodziennym miejscem realizacji nagrań (synagoga), stworzyła nowy materiał, w zdecydowanie miej spektakularnym miejscu i w mniej oczywistych barwach. Nie łudźmy się – łatwo nie będzie, bowiem zespół sięgnął do bardzo starych inspiracji i brutalnie zmieszał je w psychodelicznym sosie, z którego w różnych momentach wypływają na wierzch skrajne emocje. Nie łudźmy się po raz drugi – jeśli chcecie wpaść po uszy w nową muzykę zespołu, przygotujcie się na dłuższą niż zwykle kontemplację. Ta płyta nie poddaje się łatwo, ale gwarantuję, że po kilku seansach nie będziecie się mogli od niej uwolnić.  

Pozornie może wydawać się, że to nielogiczna mieszanina z różnych bajek. Trupa zdaje się testować własną (i naszą przy okazji…) wrażliwość, przechodząc od indie rockowej oczywistości, przez psychodeliczną mgiełkę aż do lat 60 – tych. Czyni to z ciekawością dzieciaka z jednej strony i dojrzałością starego wyjadacza z drugiej.  W pierwszej kolejności uderza nas  swoiście melancholijny nastrój tej płyty. Trupa Trupa na Headache zdaje się dziwić swoim pomysłom i każdy z lubością powtarza, tworząc hipnotyczną przestrzeń, gdzie w oparach absurdu kiełkują kolejne pomysły.  Nie ma znaczenia, czy sprzedane zostają za sprawą całego instrumentarium, czy pojedynczych dźwięków. To kolejna zaleta muzykantów – wiedzą, kiedy mają się zamknąć, dzięki czemu bogata skądinąd produkcja jest bardzo zdyscyplinowana. Nawet jeśli najczęściej wybucha aranżacyjnym przepychem, potrafi też zabawiać nas tylko instrumentami klawiszowymi w „Halleyesonme”. Zamiast improwizować, zespół skupia się na cyzelowaniu dźwięków, przez co pozornie proste frazy nabierają jakiejś głębi. Zresztą, dba o to produkcja – Michał Kupicz wyciągnął z Trupy wszystko co najlepsze i doprawił własnym kunsztem w szlifowaniu brzmieniowych niuansów. Dzięki tej współpracy pojawia się zatem pierwszy fenomen płyty – czyli bardzo plastyczny, naturalny i selektywny dźwięk. Bez milionowych nakładów, bez wyjeżdżania do Abbey Road czy Hansa Studios udało się wygenerować brzmienie niezwykle przyjemne dla ucha, ciepłe, stawiające na bliskość instrumentów, które zdają się wychodzić z głośnika. Ten efekt potęguje się szczególnie w tych oszczędniejszych fragmentach, bo wtedy słychać pieczołowitą dbałość o każde muśnięcie instrumentu.fotografował Michal Szlaga

Kolejnym zaskoczeniem jest wyraźna, a może nawet ostentacyjna gloryfikacja starego, dobrego The Beatles. Zespół się do tego przyznaje, ale i potrafi zmiksować specyficzny klimat tamtej muzyki z własnym, pomorskim charakterem. „Sky is Falling” czy „Rise and Fall” mogłyby znaleźć się spokojnie na jakimś tribute albumie, nagranym w hołdzie dla wielkiej czwórki. Nie jest to jednak ślepe naśladownictwo, ale jedynie próba przeflancowania na grunt Trupiej muzyki owej melodyki i swoistego klimatu jakim emanowała ekipa Lennona. Zespół nie stroni od psychodelicznego rozjechania swoich kompozycji. Mgliście robi się w „Sacrifice” czy hipnotycznym „Wasteland”. Muzycy budują świetnie zawieszoną w przestrzeni, koronkową aranżację, dodają do tego trudne, niestandardowe melodie (obsesyjny „Getting Older”, który narracyjnie dociera do wczesnych dokonań Pink Floyd), ale kiedy trzeba, mogą zabrzmieć klasycznie rockowo („Snow”) a nawet pokusić się o coś na kształt ballady (fajnie zaaranżowany „Unbelievable”). Na osobną laurkę zasłużył za to utwór tytułowy, który jest sztandarowym przykładem, w jaki sposób grać trans. Patologicznie zapętlone partie gitar przyprawiają o dreszcze, zespół stopniowo zagęszcza atmosferę aż do noise’owego wybuchu. Przyznam, że są momenty, kiedy uważam „Headache” za najlepszy numer z tej płyty.

Jak zatem widać i słychać, łatwo nie będzie a zespół nie daje jednoznacznej odpowiedzi, dokąd zmierza i co chce ze swoją muzyką zrobić. Funduje nam za to łamigłówkę, którą musimy w zasadzie sami sobie ułożyć, oswoić się i w efekcie polubić. Często zdarza mi się używać sformułowania „muzyka wielokrotnego użytku” – „Headache” to dobry przykład takiego grania. Płyta, która zostanie z nami na dłużej, co do tego nie mam wątpliwości…

Arek Lerch

Foto: Michał Szlaga

Pięć i pół