TRUE WIDOW – Avvolgere (Relapse)

To śmieszne, że trójka obszarpańców z Dallas, wyglądających jak starzy bywalcy podrzędnych spelun, ma uczyć hipsterkę, jak się gra shoegaze. Taka jest prawda – nowa, czwarta płyta True Widow to idealne ucieleśnienie wizji mimowolnych twórców tego dziwnego, ale jakże pociągającego nurtu.

Dwie pierwsze płyty zespołu przeszły bez echa, dopiero poszukiwacze dziwaków z Relapse dali im możliwość zaistnienia w szerszej świadomości. Płyta Circumambulation była dobrym przyczynkiem do tej opowieści. Nowe dzieło w zasadzie kontynuuje wątki, choć oprawione zostało w jeszcze bardziej surowe, nieokrzesane brzmienie. Co zatem takiego intrygującego proponują nam dwaj panowie i pani z True Widow? W zasadzie – nic. Ta muzyka jest tak banalnie prosta, że pozornie można uznać ją za chwilowy wybryk, mało znaczący wycinek muzycznej historii Ameryki.tw

Problem w tym, że ten zespół dostąpił wiedzy tajemnej – odkrył świętego graala shoegaze’ingu. Na czym polega odkrycie? Zawiera się w trzech słowach – monotonia, olewka i arogancja. W dobie, kiedy wszyscy wokół wspinają się na wyżyny, True Widow ma głęboko w dupie „staranie się”. Rezygnuje z aranży, skupiając się na konkrecie. Zamiast zmian, muzycy jadą po prostu do przodu, bez jakichkolwiek zakrętów aranżacyjnych. Olewanie reguł jest tu całkowite. Kawałki nie mają początku i końca, wloką się w zasadzie w jednym rytmie, gitary psychodelicznie drgają, czasami po homme’owemu trącają piaskiem, chwila – moment i jesteśmy złapani. Przyznaję, że w pierwszym momencie miałem lekki opór, ale już po chwili byłem kupiony i transowo kiwałem nóżką. Jeśli jest coś takiego jak esencja shoegaze, to True Widow ją odkrył, nagrywając jedną z lepszych płyt w tym gatunku. Jeśli ktoś myśli jednak, że owa prostota prowokuje posądzenia o muzyczny analfabetyzm, jest w błędzie. Oni grać potrafią, tyle, że wiedzą dokładnie co chcą osiągnąć i co jest im do tego potrzebne. W tym przypadku – ta wiedza jest trafiona w punkt. Niedawno zachwycałem się płytą Nothing. True Widow to ich starsi bracia – nieogoleni, śmierdzący na kilometr trawką, przeciwieństwo tzw. muzycznej wirtuozerii. Autentyczność tej muzyki jest porażająca. Albo kochamy, albo nienawidzimy.

 Arek Lerch

Pięć i pół