TRIVIUM – The Sin and the Sentence (Roadrunner Records)

Amerykanie z Trivium w końcu zatarli niesmak po dwóch ostatnich, powiedzmy wprost, mało udanych albumach. Materiał zaserwowany na „The Sin and The Sentence” przywraca wiarę w sens istnienia tej kapeli oraz wielu pokładanych w nich nadziei.

Mieli być nową Metallicą, a tak naprawdę, pozostają sobą, czyli zespołem poszukującym, o wielu twarzach i nieskończonej kreatywności. Każdy kolejny opus grupy z Florydy przynosi dawkę mocno zróżnicowanych brzmień, ale dopiero teraz, kiedy formacja przeszła, mam nadzieję, że wreszcie finalne, roszady na stanowisku perkusisty, pokazała na co naprawdę ją stać. Miksując agresję „Ascendancy” z techniką „Shogun” i nośnością swoich niedawnych, heavy metalowych popisów, stają się pretendentami do miana czarnego konia 2017 roku, jeśli nie ostatnich paru lat w ogóle. Dawno nie słyszałem tak dobrego, może nawet mainstreamowego, ale jednak piekielnie agresywnego metalu, który nie ocierałby się o kicz, tandetę i pogoń za trendami. Trivium

Trivium pozostaje niewzruszone zmianami na rynku, i choć czysty śpiew Heafy’ego odgrywa tutaj pierwsze skrzypce, ilość blastów, przyśpieszeń i niemal death metalowych kontrastów, poraża swą intensywnością, plastycznością i sposobem aranżu. W tej materii, czysto kompozycyjnej, kwartet wyprzedził wszystkich w branży, stając się po raz kolejny jedną z najgorętszych nazw w metalu, która równie mocno chwyta za serce prostotą w „The Heart from Your Hate”, co bezpardonowym atakiem w najlepszym na płycie i jeśli nie czasem w karierze, „Beyond Oblivion” i singlowym, przepełnionym thrash/death metalową motoryką „Betrayer”. Mogę wznosić peany na cześć tego krążka, jego uniwersalności, dynamiki, dobrze wyważonego brzmienia, ale tak naprawdę, bohaterem płyty jest siedzący za zestawem perkusyjnym Alex Bent, który ze swoim doświadczeniem w Decrepit Birth tchnął w zespół ducha, którego nie wiedzieć czemu, nie udało się wskrzesić choćby Nickowi Augusto, któremu najbliżej było do (umownie) „sieczki”. Album, o którym długo będzie się mówiło. Nie w kontekście najoryginalniejszej płyty dekady, ale przykładu monolitu i podręcznikowego, nowoczesnego metalu.

Grzegorz Pindor

Cztery i pół