TRIPTYKON ‒ Melana Chasmata (Century Media)

Tom G. Warrior powołał do życia Triptykon, aby kontynuować swój marsz, w który trzydzieści lat temu wyruszył z Celtic Frost, a jeszcze wcześniej z Hellhammer. Od zawsze była to droga na przekór wszystkim, na złość i wbrew światu. Choć można by rzec, powstanie Triptykon było po prostu naturalnym krokiem po wydaniu doskonałego „Monotheist” i zakończeniu działalności CF, zespół stworzył jednak nową jakość. Zbudował żywą, świeżą a jednocześnie spójną konstrukcję w oparciu o nietuzinkową wyobraźnię i talent Warriora oraz entuzjazm i energię pozostałych muzyków, odstających przecież od lidera wiekiem. Drugi album Triptykon być może nie jest tak zaskakujący, jak wydany w 2010 wstrząsający debiut „Eparistera Daimones”, lecz trudno przejść obojętnie obok  zawartych na nim kompozycji.

Struktura obu płyt jest analogiczna. Na obu znalazło się po dziewięć numerów, które łącznie trwają grubo ponad godzinę. Brzmienie jest właściwie identyczne, a okładki tak do siebie podobne, że można mieć wrażenie, że ma się do czynienia z tym samym wydawnictwem. W związku z tym nasuwa się prozaiczne pytanie ‒ czy więcej dobrego to dobra rzecz? Tak, jeśli zwyczajnie cieszy nas obcowanie z kolejnymi, podobnymi w formie i kształcie kawałkami Triptykon, mówiąc wprost, nie wnoszącymi nic zaskakującego i przełomowego do stylistyki kapeli.triptykon band

Tradycyjnie na płycie znalazły się bezpośrednie, uderzające dynamiką i żwawością kompozycje, takie jak „Tree of Suffocating Souls” czy „Breathing”, stonowane i atmosferyczne „Aurorae” czy „Waiting”, a także długie, człapiące i budujące klimat „Black Snow” czy „In the Sleep of Death”. Choć schematy, którymi posługuje się w swojej twórczości Tom G. Warrior są w jakimś stopniu przewidywalne, nigdy nie zawodzą w robieniu nastroju i wrażenia oraz wywoływaniu silnych emocji. Za to przede wszystkim płyty jego zespołów od zawsze zdobywają poważanie i estymę. W przypadku „Melana Chasmata” nie jest inaczej.

Adam Drzewucki

Pięć i pół