TRIBULATION – The Formulas of Death (Invictus)

O korzyściach płynących z płodozmianu powie nie tylko rolnik, ale każdy słuchacz metalu z ponad dziesięcioletnim stażem, o ile oczywiście wciąż śledzi nowinki i nie utknął na etapie gustów wyrobionych w wieku nastoletnim. Przerabiamy więc wszystko po kolei – rewizjonizm dokonań Emperor, wynoszenie pod niebiosa zapomnianych przez dekadę Autopsy i Deathspell Omega popularne do tego stopnia, że każda blackmetalowa wytwórnia ma po jednym ich klonie. Niezależnie od tego, czy w danym momencie preferowane są „oldschoolowe” brzmienia, blasty na triggerowanych bębnach czy religijne uniesienia, świeżość potrzebna jest tym bardziej w czasach, kiedy podziemny metal jakoby nieco okulał. Co zaskakujące, wiatr odnowy, na razie w postaci lekkiego zefirku, powiewa z krainy melodii. Jeszcze bardziej nieoczekiwanie, jutrznią swobody w zalewie wymuszonego, kanciastego hałasu okazują się nowe albumy Azarath, Necrovation czy właśnie Tribulation, który wyrósł na nielichego monstera.

Kilka lat temu zdarzyło mi się na łamach Blackastrial zrecenzować debiutancki album Tribulation. „The Horror” był zgrabną mieszanką szwedzkiego deathmetalu i niemieckiego thrashu, ale jakoś przepadła mi ta płyta w tłumie podobnych oldschoolowców – i chyba nie tylko mi. Nie wiem czego spodziewałem się po nich mniej – nagrania płyty tak melodyjnej, tak epickiej czy tak, hm, znakomitej? Gdybym miał rozrysować kierunek poszukiwań Szwedów w układzie współrzędnych, to na osi rzędnych poszukiwałbym takich punktów, jak Dissection, dwa pierwsze albumy Necrophobic czy debiut Sacramentum, na osi odciętych zaś – wspomnianego wyżej Necrovation, Execration, a nawet Watain. Nie słuchajcie wrogich podszeptów o zbytnim złagodzeniu formuły – „The Formulas of Death” łapie melodię za tę samą nogawkę, którą szarpały „Storm of the Light’s Bane” czy „Necrovation” – z blackmetalowym jadem, osadzając je na szybkim biciu perkusji, bez ucieczki w piosenkowość, za to z masą odjazdów w wielominutowe, często instrumentalne formy. Wbrew pozorom jest to płyta dużo bardziej wymagająca od swojej dość przewidywalnej i „gatunkowej” poprzedniczki – nie tylko przez wzgląd na nieludzki wymiar czasowy 75 minut, ale przede wszystkim przez wielowątkowość, rozpychanie gatunkowych ram, odwagę w mieszaniu elementów niekoniecznie zbieżnych z oczekiwaniami przeciętnego metalowca-oldschoolowca. „The Formulas of Death” słucha się jakby na dwóch poziomach. Pierwszy to warstwa instrumentalna, utwory-molochy, niesamowicie dopracowane gitary, partie bębnów, które dynamiką, swobodą i pomysłowością zawstydzą każdego terminującego pałkera -dawno nie słyszałem w podobnej muzyce takich cudów na głupim hi-hacie. Drugi poziom to autentycznie „blackmetalowy” klimat zaszyty w tych dźwiękach. Tribulation przypomina, że atmosferę tworzy nie takie czy srakie brzmienie bębnów, riffy ukradzione Hellhammer, koncert w worku na głowie czy promocyjne zdjęcie płyty leżącej między czaszką a kandelabrem. Duch muzyki tkwi gdzieś na styku talentu kompozytorskiego, umiejętności, ciężkiej pracy i dobrania właściwych środków bez oglądania się na to, co „wypada”. Stąd postrzegam „The Formulas of Death” jako płytę odważną, nieoczywistą i autentycznie porywającą, która prawdopodobnie chybia we wszystkie potencjalne targety.

Trudno mi stwierdzić, dlaczego ktoś wolałby kolejny słaby klon Entombed od tak znakomitej płyty jak „The Formulas of Death”, zapewne rozbijamy się tutaj o indywidualne gusta, z którymi jak wiadomo, jak najbardziej się dyskutuje. Ja życzyłbym sobie więcej tak  potraktowanej i wykonanej melodii w metalu ekstremalnym, może ktoś rozwinie wątki z niezapomnianego „The Nocturnal Silence” Necrophobic, może nawet znajdą się epigoni „With Fear I Kiss The Burning Darkness” At The Gates? Jeżeli faktycznie idzie nowe, to pamiętajcie, że ja pierwszy to obwieściłem.

Bartosz Cieślak

Pięć i pół