TRAP THEM – Darker Handcraft (Prostetic Records)

W kategorii walnięcia prosto w ryj, zmiażdżenia nerek i odbicia płuc najnowsza płyta maniaków z Seattle może być uznana za najwygodniejsze narzędzie. Wprawdzie nie każdy lubi takie łaskotki, jednak kto powiedział, że hard core ma być zabawą dla miętkich? Tak, to prawdziwy, nieugłaskany, nowoczesny hard core, bez grama metalu za to z tonami 100% wścieklizny…

Przyznam się, że poprzedni krążek Trap Them, pomijając świetną okładkę, jakoś nie trafił w moje gusta. Długo próbowałem i nic. Brakowało mi jakiejś większej selekcji zamiast pewnego chaosu, panującego na tym krążku. Wszystko zostało uporządkowane na najnowszym dziele tej zasłużonej formacji. Płyta sadowi się w tym samym dołku co młodsza o półtora roku „Axe To Fall” Converge. Ba, bije wspomnianą płytę na głowę potworną dawką agresji i wściekłości. To właśnie ta jednowymiarowa siła i wściekłość stanowi o rasie płyty. Płyty w sumie dość prostej, w wielu miejscach eksploatującej punk rocka czy death’n’rolla spod znaku Entombed. Jednak każdy dźwięk zagrany jest tak, jakby miał być ostatnim w życiu zespołu. Z każdego uderzenia w struny i membrany bije niepohamowana żądza mordu. No i ubrane zostały te numery w brzmienie z jednej strony metalicznie selektywne a z drugiej odpowiednio, na nieco szwedzką modłę zapiaszczone, co przypomina mi jako żywo sposób realizacji ostatniego materiału Rotten Sound. Skoro przy Finach jesteśmy – na płycie „Darker Handskraft” grind core pojawia się bodajże jedynie w dwóch miejscach – w „Saint Peelers” mieszającym blasty z punkiem  i w absolutnie zdzierającym skórę „Sovereign Through The Pines”. Reszta to d – beat’owe galopy (uhhh! mój ulubiony, rzeźnicki riff pojawia się w „Every Talk A Quarantine”, nie ustępuje mu na maksa Entombed’owy „The Facts”) i nieco dołowania, np. w „Evictionaires”. Nie ma znaczenia, że to dość jednowymiarowa muzyka, oddająca energię i podstawowy bagaż brzmień już za pierwszym przesłuchaniem.

Nie oczekuję od Trap Them jakichś zwariowanych wariacji i upychania na siłę drugich i trzecich planów. Liczy się to, że każde, uzależniające, dodam, przesłuchanie tej płyty dostarcza więcej energii niż całe opakowanie viagry. Muzyczne szczytowanie gwarantowane i już widzę, jak impotenci z różnych biur maklerskich i inni PR – owcy biegną do apteki, kupować płytę na swoje dolegliwości!

Arek Lerch 

Sześć