TRAP THEM – Blissfucker (Prosthetic)

Jakieś pięć lat temu ogłosiłbym „Blissfucker” albumem tysiąclecia i biegałbym po sąsiadach krzycząc, że Trap Them znowu nagrali wywalającą z laczków płytę. Dziś moje zapotrzebowanie na „Entombedcore’a” jest nieco mniejsze, głównie przez inflację zespołów przeważnie nie proponujących nich lepszego niż pierwsza liga takiego grania… Oczywiście sam jestem sobie winien, że mącę sobie obraz jakimiś neofitami, bo przecież tak, Trap Them znowu nagrali wywalającą z laczków płytę. Po prostu tym razem dam spokój sąsiadom.

Od razu trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że Trap Them grają dalej swoje, więc kucom od „łeee, przecież to już było” już teraz dziękujemy za uwagę. „Blissfucker” w sensie muzycznym jest dalej tą samą mieszanką „To Ride, Shoot Straight and Speak the Truth” Entombed, „Nerve Damage” Tragedy i „Jane Doe” Converge (który z kolei walił death’n’rollowym Entombedem, więc kółko się pięknie zamyka). Jakimś cudem kolejna płyta w tym samym klimacie okazuje się wulkanem energii i agregatem gigatony wkurwu, chociaż to już taki etap, że rutynowo można by przepisywać riffy Alexa Hellida, osadzać je na d-beacie i płyty nagrywałyby się same… Nic z tego. Pogonośna energia zrównoważona jest przemyślanymi, dobrze posklejanymi kompozycjami pełnymi doskonale zapamiętywalnych patentów, za które twórcy „Back to the Front” dali by sobie wszyć Esperal. Dominuje hardcore’owa jazdeczka („Lungrunners”), ale są też Kvelertakowe polki-galopki (wejście w „Gift and Gift Unsteady”) i wyrwana z płyt Dismember „szwedzizna” („Organic Infernal”). W porównaniu z Darker Handcraft, „Blissfucker” jest jakby bardziej chwytliwy i przewietrzony, co tylko przysłużyło się muzyce Trap Them, która niby zagoniła się w kąt, ale ślini się, warczy i gryzie jak trzeba. Rasowa bestia nie nauczy się już raczej gadać ani żonglować piłką, ale w tym zoo tylko All Pigs Must Die jest większym niedźwiedziem.TT band

Przyznaję, przeżarł mi się trochę nurt, którym Trap Them płynie raźno od lat. Częściej wracam do osobistych faworytów niż śledzę co tam nowego wydał Deathwish Inc. czy Southern Lord, przestałem uważnie wsłuchiwać się w nowe nagrania Baptists, Dead In The Dirt, New Lows czy innego Skinfather. Nawet jeśli przyjmiemy, że „Blissfucker” będzie najlepszą rzeczą, jaka dotrze do mnie z takich klimatów w tym roku, to i tak cieszyć mnie będzie bardziej, niż podklejone pod wieloryby jednosezonowe zespoły-pąkle.

Bartosz Cieślak

Pięć