TRAKTOR – Mean Business (Atlas Records)

Indie rock to dość kuriozalna etykietka, bo przykleić ją można i Vampire Weekend i Arcade Fire, ale także takim zespołom jak Traktor, które w zasadzie pasują bardziej na scenę punkową. Oczywiście, mówimy o punkach wyzwolonych i raczej liberalnych muzycznie. Być może Szwedzi z Traktora (swoją drogą, traktorów muzycznych jest więcej niż tych wyprodukowanych w śp. fabrykach Ursusa…) tacy właśnie są bo faktycznie, w zależności od humoru, traktuję ich jako rockowych koledżowców, to znowu jako przedstawicieli melodyjnej frakcji tzw. „sceny”. Nie mylić z „kalifornia punk”…

„Mean Business” to płyta problematyczna. Podchodziłem do niej kilka razy i zawsze ponosiłem porażkę. Nie, żebyśmy mieli do czynienia z jakimś strasznie ambitnym, zaplątanym mentalnie i dźwiękowo dziełem, bo propozycja Szwedów jest prosta i raczej nie znajdziemy drugiego czy trzeciego dnia. Daleko im jednak do tzw. „szwedzkiego rock’n’rolla”, sceny d-beat’owej itp. wynalazków z zimnego kraju. W zasadzie widziałbym ich raczej w Londynie, jako solidny, drugoligowy zespół, grający w małych klubach i squatach. Ale ok, są gdzie są i grają swoje dźwięki. W to jestem w stanie uwierzyć, bo pomysł na muzykę jest tu indywidualny i dość przemyślany.T band

To przede wszystkim piosenki. Proste, rytmiczne, dobrze i z nerwem zagrane, dopracowane aranżacyjne. W dodatku wokalista zdaje się być gościem mocno natchnionym, z dużą emfazą wyrzucającym z sobie kolejne słowa. Wiadomo, że użycie słowa „emo” jest ryzykowne, ale ciągłe napięcie w głosie pana z mikrofonem, gdzieś takie porównania tłumaczy. Zresztą, zarzućcie sobie całkiem udany „Senter”, energetyczny song „First Skin Blood” czy wwiercający się w pamięć świetnym, melodyjnym zwrotem gitarowym „Omega”. Jeśli mówimy o indie, tu od razu przywołam klasyczny w tym temacie „The Secret”. Co ciekawe, im dłużej słucham płyty, tym częściej kojarzy mi się ta maniera z harmoniami znanymi z płyt… Fugazi. Głupota? Posłuchajcie „No Filter” i zaprzeczcie. Problem polega na tym, że im dalej w las, tym bardziej wyczuwam mankamenty tej produkcji. Zaczyna uwierać dość monotonna rytmika, to nieustanne pompowanie, bez większych zmian a co za tym idzie, utrzymane na równym poziomie natężenie wszystkich kawałków. Mam wrażenie, że chłopaki nie potrafią wyrwać się z tego zaklętego kręgu i wszystkie utwory brzmią bardzo podobnie. Fajnie, gdyby płyta zakończyła się na wspomnianym, szóstym w zestawie „No Filter”.

A tak powstała produkcja, która świata nie zawojuje, choć mam pewność, że w małych, brudnych klubiszczach, dredziasta publiczność będzie pląsać w rytm songów z „Mean Business”, odpoczywając po crust/punkowym łomocie. Powodzenia.

Arek Lerch

Trzy