TOXIC HOLOCAUST – Chemistry Of Cousiousness (Relapse)

Ta nazwa już kiedyś zwróciła moją uwagę, sam wtedy nie wiedziałem, czego się spodziewać. Ale kiedy tylko usłyszałem pierwsze nuty, pomyślałem, że podświadomie dokładnie o to mi chodziło. Dobra, my tu gadu, gadu, a Niemcy się zbroją. Za mordę wszystko trzyma jeden koleś! WTF? Dokładnie tak, Joel Grind robi całe to toksyczne gówno od zamierzchłego 99′ roku, a nowa płyta „Chemistry of Consciousness” po prostu rozpierdala system, dosłownie i w przenośni. Jeśli jesteś zamulony jesienno – zimową deprechą, masz doła i chcesz coś z tym zrobić nie wychodząc z domu, radzę sprawdzić ten materiał od ręki!

Najnowsze dzieło na dzień dobry można skwitować krótko: „szybkie jak strzała, twarde jak skała”. Niby mógłbym w tym momencie zakończyć swoje wypociny. Co by tu dużo mówić; thrash, thrash i jeszcze raz thrash! Wrzuć do pralki brudne gacie i przepocone koszulki, dodaj Venom, Slayer, Discharge i Exploited, bez dodatkowego spłukiwania, a wyjdzie ci na koniec coś takiego jak Toxic Holocaust, który wcale ładnie nie pachnie, jak reklamowane w prywatnych stacjach telewizyjnych proszki do prania. Jest w tym brud, power, motoryka, ale też sporo przebojowości. Wpada w ucho i nie chce już z niego wypaść, tak jest przynajmniej w moim przypadku. Dawno nie słyszałem płyty, która tak leci do przodu, nie nudzi nawet przez moment i zarazem powoduje ochotę na zaproszenie znajomych, zdemolowanie mieszkania i wymalowanie ścian sprayem, jak w teledysku „Fight For Your Right”.

Żeby nie było, że wszystkim zajmuje się jedna persona – na perkusyjnych instrumentach pozamiatał Nick Bellmore, znany z Hatebreed czy Phantoms, całość zmiksowana w God City Sudios, gitarzysty Converge – Kurt’a Ballou. Wszystko jasne? Serio, nie chce mi się nawet pieprzyć o tym jakie to wszystko fajne i jak dobrze się tego słucha, wolałbym żeby każdy maniak speed metalu sprawdził na własnej usznej małżowinie jak przedstawia się ten zdecydowanie najlepszy album w historii TH. Ja przynajmniej jestem w 6,66 niebie. Zajebista okładka, którą zapowiada pierwszy numer „Aweken The Serpent”, aż do ostatniego tytułowego kawałka, jedzie jak pociąg Pendolino kolejno przez stacje „Rat Eater”, „Salvation Is Waiting”, „Out The Fire”, „Deny The Truth”, „I Serve”. Czad!

Ten album wchodzi mi w krew niczym kolejne, małe piwko z sześciopaka, nie powodując żadnych specjalnych konwulsji w organizmie, poza naprawdę dobrym humorem. Super jest czasem złapać wolny dzień, sprawdzić co się aktualnie dzieje na świecie, nie robić nic poza oddawaniu się przyjemnościom. Taką na pewno jest „Chemistry Of Cousiousness”, dawno mnie tak nic nie postawiło na nogi, nie licząc mocnej kawy z samego rana w poniedziałek. Na szczęście, jest weekend i nie zamierzam dzisiaj robić nic innego jak słuchać w kółko tego zapieprzającego jak królik po koksie albumu. Płyta roku? Sam nie wiem, ale już teraz czuję, że u mnie będzie wysoko. Taka perełka na przed końcem 2013 r. to jak zwycięski gol strzelony w ostatniej minucie – jednych wkurwi, a inni zesrają się ze szczęścia. Ough!

Sam Tromsa

Pięć i pół