TOUCHE AMORE – Is Survived By (Deathwish)

Nie do końca wiem, co sądzić o tym albumie. Głównie z racji tego, że panowie z Touche Amore zabrnęli w kozi róg, z którego dość trudno się wydostać, a co więcej, by w starciu ze ścianą, utworzoną przez nurt muzyczny, którego są częścią, wyjść cało i z pomysłem na siebie.

„Is Survived By” to album oczywiście jak na ten band płaczliwy, ale zaskakująco intensywny, mocny, momentami wręcz zadziwiająco wściekły. Jednakowoż to wciąż Touche Amore, hardcore’owa grupa kupująca słuchaczy szczerością i emocjami, nawet jeśli muzyka nie jest przesadnie oryginalna. Tym razem większość kompozycji jest minimalnie dłuższa – i bardzo dobrze. W tym przypadku im więcej, znaczy lepiej, choć w ostatecznym rozrachunku, te 30 minut z zespołem z Los Angeles pozostawia mały niedosyt.

Patrząc na to z innej strony, mając na uwadze ogólną rotację zarówno zespołów na scenie jak i muzyków w kapelach, to, że ten band dotrwał do trzeciego longplaya jest już sukcesem, tak więc są rozgrzeszeni – nawet jeśli skrycie uważam, że album mógłby być dłuższy o jakieś trzy, no, cztery utwory. Ciekaw jestem, czy gdyby tak było, co frontman Touche Amore chciałby przekazać? Mnogość tematów, które porusza czasem przytłacza, ale nie dziwi mnie to, skoro jego zespół, a raczej presja pod jaką się znaleźli (ultrahipsterski hype w mediach…) mogła okazać się nie do zniesienia, ale – jak się okazuje – dało się. Trzeci, maturalny long tych panów jest dowodem na to, że ta muzyka nie umarła i choć rzadko kiedy wychodzi ze swojej comfort zone (bo Thursday to fajny zespół był…) słucha się jej z niekłamaną przyjemnością, a na koncertach płacze jak bóbr (bo wszystkie takie kapele rozpadają się szybciej niż wydają albumy).

Grzegorz „Chain” Pindor

Cztery