TORN SHORE – Lifeburner (Instant Classic)

Na zachodzie bez zmian, chciałoby się powiedzieć. Torn Shore, który w zeszłym roku namieszał swoim debiutem, umacnia pozycje, mości się lubieżnie gdzieś na obrzeżach sceny (jakiej sceny?) i wali w ryj drugim długograjem. To ostatnie określenie pasuje do „Lifeburner” zdecydowanie bardziej, bo tym razem chwytamy 11 konkretnych pieśni, prezentujących szerokie spektrum zainteresowań zespołu. Jest lepiej? Jest. Brzmi solidnie? Ba, nawet bardzo (brawa dla Haldora Grunberga). Przestawiają klocki na scenie z muzycznym ekstremizmem? Nie. Przynajmniej sami tak twierdzą. A muzykantom wierzyć trzeba, bo inaczej po cóż mieliby się produkować?

I od tego zacznijmy. Czy Torn Shore swoim hałasem zmienia oblicze krajowego niezalu? Ustawienie Wrocławian w kontekście współczesnej muzyki gitarowej nastręcza pewnych trudności, bo w zasadzie wszystko w temacie pogiętego, dysonansowego, złamanego grania powiedziano, granice zostały przesunięte, eksperymentowano z możliwymi i niemożliwymi środkami wyrazu. Dlatego „Lifeburner” w zasadzie nie proponuje czegoś zaskakująco nowego. Tak, nie zaskakuje, ale cholernie cieszy. Bo nawet jeśli nie ma tu epokowych odkryć (czy ktoś jeszcze takowe czynić może?), to nowe kompozycje Torn Shore przekonują ładunkiem świeżości, radości, emanującej z ich poczynań i zdrową dawką energii. Skoro mamy za sobą wątpliwości, trzeba powiedzieć coś na temat kontekstu scenicznego. Bo jeśli przyjąć fakt, że zespół czuje się częścią sceny hardcore, jest to zdecydowanie jej poszukujący, eksperymentujący odłam. A tym samym, być może najlepsze, co od lat hardcore i okolice spotkało. I tutaj można pokusić się faktycznie o słowo „oryginalny”. Nie, żebym jakoś specjalnie chciał się pastwić nad polskim, podziemnym piekiełkiem, ale na „Lifeburner” wszystko „siedzi”, pasuje i cyka, odstając wyraźnie od uśrednionej przeciętności. Choć, co chyba oczywiste, mogę też pokusić się o przywołanie nazwy Converge, wspomnieć o pokrewieństwie z tym, co daje światu francuska stajnia Throatruiner Records czy niektóre produkcje Solar Flare Records. Torn Shore bardzo mi tu pasuje. Torn Shore

Na nowej płycie nie znajdziemy monstrualnych eksperymentów w rodzaju „Clouds” z Savage, są o prostu konkretne ciosy, doskonale zaaranżowane i wykonane z mistrzowską swobodą. Jeśli wierzyć, że faktycznie zespół znowu wszystko nagrał prędziutko i na „setkę”, czas pochylić głowy i uznać, że  pasja skrzyżowana z szaleństwem są rodzicami jednej z ciekawszych, oryginalnych – nieoryginalnych, tegorocznych płyt. Osobiście kłaniam się przed tymi najbardziej poszarpanymi, nerwowymi songami w rodzaju „Piece of Mine” lub opatrzonego zajebistymi partiami gitary „As Crown Falls” (czy słyszymy tu coś z maniery Assassins of God?). Równie doskonały zdaje się być „All the Things Must Pass”, gdzie zespół świetnie łączy szaleństwo z wolniejszą, refleksyjną niemal końcówką. Z drugiej flanki atakują wolniejsze, przyczajone utwory w rodzaju transowego „Departed” czy tajemniczego „Wrong Patience”, opartego o około-blues’owy schemat aranżacyjny i partie gitary, które mógłby z powodzeniem wykorzystać mistrz Neil Young. Na sam koniec dobijają nas panowie za pomocą „Feathers”, który jest chyba przyrodnim bratem wywołanego już „Wrong Patience”. Jest ciężar, są emocje i wokalne spalanie w każdym z kawałków. Jest szaleństwo, być może mocno kontrolowane, choć słowem „matematyka” mógłbym zrobić im krzywdę, bo mam wrażenie, że stawia się tu jednak na coś w rodzaju twórczej swobody i tworzenia klimatu, zamiast wznoszenia monstrualnego, precyzyjnie wyliczanego labiryntu. Muzyka to nie olimpiada, jak mawiał mistrz Frusciante, no i Torn Shore też nie zamierza się z nikim ścigać, raczej kontemplacyjnie piłuje swoje pokręcone, ale jednak dość miękko wchodzące w łeb pejzaże. Jeśli lubujecie się w dźwiękowym szaleństwie, nie straszne Wam niesymetryczne podziały rytmiczne i uważacie, że „zawsze jest czas na wrzask”, pójdźcie, skosztujcie i dotknijcie (bo wydanie jest iście bombastyczne…) jak dobry jest Torn Shore.

Arek Lerch

Zdjęcie: mat. zespołu

Pięć