TORCHE – Restarter (Relapse Records)

Wakacyjne klimaty wypełniają pokój chwile po uruchomieniu odtwarzacza i wypuszczeniu dźwięku z głośnika, bez względu na to, czy za oknem mamy środek mroźnej zimy, czy depresyjnej, szarej jesieni. Taką charakterystykę mógłbym przypisać przedostatniemu albumowi stonerowo/sludge’owego Torche, krzewiącemu tendencję, jaka panowała przez kilka ostatnich lat do „ocieplania” swoich dotychczas ponurych brzmień. Było Baroness, Mastodon, Kylesa, nawet sam Torche miał już epizod w graniu znacznie przyjemniejszych dla ucha dźwięków. Czy „Restarter” to rzeczywiście początek czegoś nowego, czy to tylko chwytliwy zabieg, zasłaniający na pierwszy rzut oka brnięcie w coraz to delikatniejsze brzmienia?

Słodko na pewno nie jest, ale pazura też nie widać. Nie jest to ani nowy, ani stary Torche – powiedziałoby się, że to coś pomiędzy, ale moim zdaniem to zupełnie inna bajka. Warsztat umilania słuchaczowi życia swoje poletko bez dwóch zdań znajduje na „Restarterze”, jednak przyjemność płynąca z tych dźwięków nie przychodzi od tak. Znaczącą różnicę stanowi właśnie ten czas przyswajania, bo o ile Harmonicraft z 2012 był kolebką hitów, wpadających w ucho motywów i ciągłości wynikającej ze zwartej struktury poszczególnych utworów, tak teraz żadne z tych zjawisk nie przejawia swojej obecności – a przynajmniej nie od razu.

Bo już na wstępie, mimo podobieństwa brzmienia, rozłożystość „Annihilation Affair” znacznie odbiega od rock’n’rollowego ducha poprzednich nagrań. Jest troszkę ciężej, zapętlone partie dźwięków pogłębiają atmosferę, może czasem nawet dusząc. Są to szczegóły, liczy się kontekst tego, czym jest, a czym było Torche. To po prostu świadomy swych czynów, pewny siebie kowboj, co już sporo w swym życiu nawojował i nie zamierza się przed kimkolwiek popisywać. Tegoroczny materiał nie sprawia, że oszołomieni pomysłowością, z otwartą szczęką niemal w mgnieniu oka odbywamy przejażdżkę. Jest to taka swoista kumulacja tego co było, a tego co nie było dotychczas sprowadzane na pierwszy plan.t2

Torche udowodnił jedno – był wstanie utrzymać poziom nie zbaczając w niebezpieczne ścieżki, ani też nie podejmować próby ryzyka z eksperymentowaniem z formą. Nie jest to też kontynuacja. To niezależny twór, dający wrażenie na obojętność względem czasu i miejsca. Co by było, gdyby „Harmonicraft” miał swego bezpośredniego kontynuatora? Nieważne, Mastodon poszedł tym tropem i według mnie spadł na łeb na szyję w przepaść. Ale to już inna historia, „Restarter” cieszy, a to jest najważniejsze.

Adam Piętak

Cztery