TORCHE – Harmonicraft (Volcom Entertainment)

W stosunku do Torche jak ulał pasuje przysłowie, które wymyśliłem całkiem niedawno – „stoner niejedno ma imię”. Część sceny piaszczystego grania podąża  stronę ekstremy, bratając się z metalem i sludge, z kolei zespoły w rodzaju Torche tworzą muzykę, którą można określić dziwacznym i na wskroś niepokojącym zwrotem „pop – stoner”. „Harmonicraft” jest zatem dla pogrobowców Kyuss  tym, czym był „Nevermind” dla grunge, choć o takim trzęsieniu ziemi muzycy  Torche mogą co najwyżej pomarzyć przy butelce whiskey.  

„Harmonicraft” to jedna z tych płyt, które wywołują u mnie szeroki uśmiech. Torche nie zamierza odkrywać nowych lądów, nie będzie nigdy stać w awangardzie gatunku.  Bo i po co, skoro ma niesamowity talent do wymyślania riffów, które łączą oddech pustyni z niemal popową wrażliwością. Oczywiście, w ramach mocnego, sfuzzowanego grzania. Muzyka zespołu najjaśniej lśni na przecięciu typowego, rockowego środka, piosenkowej formuły (radiowy „Snakes Are Charned”) i charakterystycznych w swojej manierze, nośnych a jednocześnie nadal lekko przytłumionych po linii chociażby Queens Of The Stone Age riffów.

Na „Harmonicraft” niepodzielnie rządzi rytmiczne, wpadające w ucho muzykowanie – dynamiczny „Walk It Off”, przestrzenny „Kicking”, zdominowany przez urzekające harmonie wokalne „Skin Moth” i króciutki „Kiss Me Dudley”. Z drugiej strony mamy tu także trochę bardziej mozolnego napierania w rodzaju „Roaming”, gdzie dobrą robotę odwalają cięte, agresywnie riffy. Gdzieś przemknie skojarzenie z tool’em („Reverse Inverted”) pojawia się też bardziej nerwowy, połamany aranż („Sky Trials”).
Na drugim biegunie sadowią się numery, gdzie grupa wpada w mroczniejszy, niemal doom’owy nastrój. Poczawszy od „In Pieces”, przez melancholijny „Solitary Traveler”, aż do finału „Looking On”, gdzie monotonne riffowanie w ostatnich trzech minutach rozpływa się w oceanie bliżej nieokreślonego hałasu. Końcówka pokazuje, że zespół nie boi się poruszać po mocno dysharmonicznych przestrzeniach, jednak te elementy w zasadzie tylko podkreślają pozytywny, niemal beztroski klimat krążka, wypełnionego bardzo pozytywnym graniem.

Torche nie zamierza niczego udowadniać, może właśnie dlatego wychodzi im muzyka tak lekka, przyjemna i bezpretensjonalna. Jednocześnie można tu znaleźć całe mnóstwo fajnych pomysłów aranżacyjnych, sprawne, niewymuszone instrumentacje, doskonale zbudowaną rytmikę i sporo gitarowego, rockowego zacinania. Do tego dochodzi znowu okładka w stylu psychodelii lat 70 – tych, czyli nadal mamy do czynienia z nostalgią za dekadą, kiedy brodaci muzycy z gitarami byli bożyszczami tłumów. Kto wie, może i Torche miałby szansę na kilka chwil sławy, bo mają zaplecze w postaci znakomitych kompozycji, jednak ich muzyka brzmi „staro” wedle dzisiejszych standardów, co pewnie ucieszy tylko nieliczną garstkę maniaków rockowej szkoły. Torche unika jednocześnie tak modnych wśród propagatorów starego rocka kolaboracji z psychodelicznymi efektami, stawiając raczej na piosenkę. Prostą, żołnierską, szczerą. Ok., że żołnierstwem to przesadziłem. Ale coś chyba w tym jest…

Arek Lerch