TORCH RUNNER – Endless Nothing (Southern Lord Records)

Nie sposób powstrzymać się od obsypywania superlatywami zespołu Torch Runner, niecodziennego w tym co robi, a przy tym dobrze naszym uszom znanego. Każdej próbie zetknięcia się z nową twórczością grup takich jak Nails, Dead In The Dirt, czy wspomniany TR, towarzyszy chwila napięcia, stresującego oczekiwania, przez tę niepewność intrygującą. Wiele ciężaru trzeba było się nadźwigać na ostatnich nagraniach; co tym razem nas spotka?

To samo, a zarazem coś innego – ciężar ten sam, ale bagaż emocji inny. Próba przenikania przez dźwięki staje się niemal niemożliwa, ich nawałnica nie daje większego pola manewru. Pozostaje jedynie wziąć głęboki oddech i oczekiwać zbliżającego się tajfunu.t2

Kilka uderzeń w werbel, pojedyncze dźwięki gitary – tyle wstępu, zaraz po nim następuje spodziewana, acz ciężka w opętaniu katastrofa atmosferyczna. Spokojnie, nie ma się czego obawiać, Amerykanie zlitowali się nad słuchaczami, wklejając między fragmenty chaosu partie łatwiej przyswajalne. W dodatku są na tyle zjadliwe, że ciężko oderwać się od muzycznego talerza. Kapitalny groove automatycznie doprowadza do reakcji pilomotorycznej – potocznie zwana gęsia skórką przypadłość niemal nachodzi nam na powierzchnie twarzy. Od szybkich bujanek (numer „Congregation”) przez sludgeo’owe przemarsze („Calloused Mind”), po chrupiące basem wywody („Circle Of Shit”), no i w towarzystwie tego przeklętego jazgotu, co jak rzep trzyma się nas bez przerwy. Jest tu tak różnorodnie, że aż chce się zaprosić całą rodzinę do słuchania.

To co dobre, to… słucha się kolejny i kolejny raz. Tak to już grindcore ma do siebie: 20 minutowy lot w przepaść owocuje chęcią ponownego doznawania ogromnych pokładów adrenaliny. Oby tylko liny wystarczyło.

Adam Piętak

Cztery