TOMMY SAY NO – Dream of California

Muzyka jest rozrywką. To jej podstawowe zadanie i ani hardcore, ani różne – skądinąd świetne – awangardowe wynalazki tej sytuacji nie zmienią. Hałas ma nas bawić, poprawiać humor i pompować adrenalinę w żyły. W słusznych ilościach. I ten ostatni aspekt jest decydujący, by uznać dany album za udany. Aby był on spełniony, muzyka musi posiadać wpadające w ucho, harmonie niesione na nośnym, pulsującym rytmie. Bielski Tommy Say No spełnia te kryteria, dając światu kawał świetnej rozrywki.

Oczywiście, jeśli ktoś poszperał w necie, wie, że oferta bielskiego zespołu ochrzczona została jako „rap-core”. Czyli wracamy do słonecznych lat 90 – tych, przywdziewamy szerokie gatki i kolorowe bluzy. Obok warszawskiej Mamy Selity, Tomy Say No jest kolejnym zespołem, który w cholernie dobrym stylu powrócił do tego gara rzygowin, przyrządzając z nich danie na tyle kaloryczne i indywidualne, że warto na chwilę zatrzymać nad wydanym niedawno krążkiem.

Jak sama nazwa wskazuje, podstawą tej muzyki jest rap  i potężny riff. Bielszczanie potraktowali definicję dosłownie – głównym elementem płyty są ołowiane, gitarowe funty i bardzo sprawne, całkiem zróżnicowane nawijanki. W odróżnieniu od wielu załóg tego typu, Tommy przez cały czas atakuje prężnym riffem, niezależnie, czy mówimy o zwrotkach czy refrenach. Dlatego bliżej mu do wczesnych dokonań Stuck Mojo, choć w muzyce Polaków jest więcej kolorów i zdecydowanie jaśniejszej aury. Słychać, że Tommy bałwochwalczo uwielbia Amerykę (koronny przykład – „Indiana” – riff, gitara sidle, droga…). Słychać tu kalifornijskie słońce, jest ten specyficzny luz, choć – na szczęście – Tommy uniknął niepotrzebnej a tak  popularnej w naszym grajdole, żenującej rubaszności. Dzięki temu strawny będzie nie tylko dla miłośników rytmicznej gadki, ale także, a może przede wszystkim, dla fanów mocnego, gitarowego grania, niekoniecznie kłaniającego się metalowi. Cała płyta prezentuje bardzo wyrównany poziom, choć z tej puli wyróżnia się na pewno brutalny „Control” z potężnymi downbeatami, użyciem podwójnej stopy i dołującym klimatem – udany, mocno śmierdzący np. riffownią Soulfly utwór. Podobnie o stylowy nu metal (dalekie skojarzenia…) zahacza „Cops”, z kolei „War” wyraźnie czerpie ze skarbnicy stoner rocka. Zazwyczaj dominuje jednak pancerny, miarowy beat, na którym opierają się niegłupie, gitarowe wycieczki. Zespół unika ewidentnych wpadek z czystym śpiewaniem, takowy pojawia się jedynie w refrenach „Good Times”, co świadczy o świadomym podejściu do swoich możliwości.

Bądźmy uczciwi – Tommy nie odkrył niczego nowego. Gra muzykę, która dla wielu po prostu przebrzmiała. Gdyby taki materiał powstał z 15 lat temu, dzisiaj Bielszczanie sączyliby drinki razem z Kid Rockiem i zerkali na piersiaste blondiny piekące się nad basenem w Miami Beach. Niestety, w rzeczywistości pozostaje odgrzebywanie śniegu przed domem w pięknej, podgórskiej miejscowości i marzenia o rychłej wiośnie. Na szczęście, swoją muzyką zespół potrafi ją wyczarować, dlatego trzeba koniecznie spotkać się z nimi na koncercie. To ich miejsce…

Arek Lerch 

Cztery