TOMEK LIPIŃSKI – To, czego pragniesz (Warner Music Poland)

Od jakiegoś czasu noszę się z zamiarem napisania tekstu o „zmierzchu bogów” polskiej sceny rockowej. Temat to ciekawy i niejednoznaczny. Bo wśród naszych siwiejących kontestatorów mamy i takich, co bez żenady przyznają, że mimo osiągnięć nie byle jakich, nie mają co do gara włożyć, ale i tych, co dzisiaj udają wielkich bojowników o wolną Polskę, choć to właśnie za komuny napierali setki koncertów i rzeczony system był trampoliną ich finansowego sukcesu. Ale są też tacy jak chociażby Lech Janerka, czy właśnie Tomek Lipiński, co trzymają się z boku i mimo różnych wzlotów i upadków, nie sposób powiedzieć o nich czegoś złego. Drugi z wymienionych panów popisał się właśnie nową, wydaną pod własnym nazwiskiem płytą…

Lipiński to postać kolorowa, ale i ciut kontrowersyjna. Zawsze nieco z tyłu, choć rękę przykładał do nie byle jakich projektów – Tilt, Brygada Kryzys czy Fotoness to najważniejsze i wrośnięte w polski muzyczny krajobraz nazwy. Współpracował z Izraelem, pisał felietony, miał program w radiu. Zawsze aktywny, choć borykający się z różnymi problemami osobistymi. Twórca świetnej muzyki a z drugiej strony napiętnowany przez anty – hit „Jeszcze będzie przepięknie”. Buntownik i punkowiec, ale niepotrzebnie grzebiący – na szczęście, sporadycznie – w politycznym bagnie, co dla jego wizerunku było jedynie szkodą. Skoro jednak punkiem gdzieś w duszy jest – nawet takim romantyczno/smutnym – trza słów kilka skrobnąć.

Najnowsze dzieło nie przynosi ani szczególnych rozczarowań ani zaskoczeń. Specyficzny luz i melancholia bijące z tych nagrań to firmowy patent Lipińskiego, jednak tym razem udało się mu stworzyć zestaw dość – a może nawet za bardzo – zróżnicowany.  Bo jest tu i rock, pamiętający jeszcze lata 80-te, ciut nowej fali, jest też obowiązkowe reggae, czyli ulubiony styl polskich kontestatorów, który potrafimy koncertowo spierdolić. Na szczęście, „Nie idź w tamtą stronę” nie jest zły, choć trudno uznać numer za szczególnie intrygujący. Zdarzają się też na płycie ewidentne i lekko drażniące banały, jak podkreślenie tekstu piętnującego hipokryzję Islamu orientalną melodyką („Trzeba ją wychłostać”). Miejscami zdarza się Tomkowi popadać w zbytnie zadęcie, co szczególnie uwiera w „Zdrajcy dla zdrajców” z patosem godnym Kaczmarskiego i rymowankami w stylu „chwała ci pułkowniku, żeś ocalił istnień bez liku„.  Skoro przy tekstach jesteśmy – jest różnie; zdecydowanie bardziej wolę nieco smutne, egzystencjalne przemyślenia („Ku swojemu zdumieniu”, „Uciekasz”), niż zbyt dosłowne a przez to nudne „kaznodziejstwa” („To tyko kilka słów”). Naiwny jest dokumentalizm w „Sześćdziesiąty ósmy” (antysemicka krucjata) i wspomniana już rzecz o Kuklińskim. Można w tym znaleźć wrażliwość człowieka nadal nie pogodzonego z naszą rzeczywistością starszą i nowszą, jednak nie do końca wiem, ile w tym przekonania a ile zwykłej, artystycznej kreacji, mającej dodać muzyce dramatyzmu. Z drugiej strony – czy fakt głoszenia prostych prawd ma dyskwalifikować autentyczność przekazu? W przypadku wykonawców „z bagażem” zawsze będzie pojawiał się taki dylemat. Nie zamierzam traktować płyty jak księgi skarg i zażaleń, tylko jako kawał rozrywki na jakimś tam poziomie. A ten jest całkiem wysoki za sprawą – często niesłusznie pomijanej – świetnej sekcji rytmicznej, która od paru lat z Tomkiem współpracuje. Ktoś może pomyśleć, że Karol Ludew, znany z tak szaleńczych projektów jak semantic punk czy Neuma, będzie się setnie nudził, grając prościutkie tematy, tymczasem warstwa rytmiczna jest bardzo stylowo zaaranżowana i zręcznie unika prostactwa, podobnie jest z basistą Piotrem Leniewiczem, który nasącza muzykę świetną pulsacją. Myślę, że w wielu przypadkach, gra tej dwójki wyciągała Tomka z marazmu. Fajnie to wszystko gada a podkreślenie kompozycji dość surową produkcją dodaje płycie stylowej (punkowej?) szorstkości. Skład osiąga szczytowanie w momentach bardziej swobodnych, gdzie potrafi bluesowo posmucić i wpaść w lekki, niemal improwizowany klimat. I jakoś tak się złożyło, że jest to początek i sam koniec płyty. „Hej, witaj znów”, „Dlaczego to ty” czy rewelacyjny, hipnotyzujący „Handlarz kupuje” to najciekawsze przykłady zespołowych uniesień.Band

To, czego pragniesz ujmy Lipińskiemu nie przynosi, potwierdza za to dobrą kondycję w jakiej znajduje się muzyk. Można ją wręcz traktować jako coś w rodzaju nowego – kolejnego – otwarcia. Jest sześćdziesiątka na karku, żona, buddyzm i być może osiągnięta równowaga. Być może, bo zawsze pozostaje delikatna obawa, że znowu coś stanie na przeszkodzie, by rozwinąć skrzydła i mocniej zaznaczyć swoją obecność. Jeszcze będzie przepięknie? Może dla Tomka już jest…

Arek Lerch

Cztery