TINDERSTICKS – The Waiting Room (City Slang/Sonic Records)

Brytyjczycy świętują właśnie wydanie swojej dziesiątej płyty, która potwierdza ich klasę i udowadnia, że można wytrwać w muzycznym biznesie więcej niż rok. Tindersticks wiedzą jak utrzymać się na powierzchni: robić swoje, nie zważać na mody i trzymać się możliwie na uboczu całego tego pstrokatego cyrku zwanego rozrywką. No i warto mieć jeszcze talent. Stuart Staple ma go wystarczająco dużo.

Co potwierdza „The Waiting Room”. Oczywiście, sam tytuł podnosi ciśnienie, ale to zbieg okoliczności bo od dysonansowych gitar Iana MacKaye dzielą Tindersticks lata świetlne. Anglicy od samego początku hołdowali muzycznej krainie łagodności. Mimo całkiem bogatych aranżacji, w ich muzyce dominuje oszczędność, lekko zadumany klimat i równowaga. Tę ostatnią czuć wyraźnie na nowej płycie, bo tylko goście pogodzeni z sobą i ze światem są w stanie napisać piosenki, które leją miód na serce i działają niczym najlepszy środek uspokajający. Możliwe, że do tego stanu trzeba dojrzeć, otrzeć się o smutne w gruncie rzeczy życie i mając na karku kilka krzyżyków, bez większych aspiracji śpiewać zadumane i powłóczyste niczym spojrzenie zakochanej nastolatki melodie.TINDERSTICKS, 2015

Na „The Waiting Room” dominują urokliwe, spokojne piosenki, czasami za sprawą dęciaków kojarzące się nieco z British Sea Power („Second Chance Man”), to znowu ciążące w stronę swego rodzaju gawędziarstwa („How He Entered”) aż do kompletnego wycofania w kawałku tytułowym, eksponującym soulowe, senne wokalizy na podkładzie samych instrumentów klawiszowych. Zespół dba o kompozycję; to ona pełni tu główną rolę, dlatego podkłady są koronkowe, ale tworzone w taki sposób by nie zakłócać odbioru i emocji, płynących z tej płyty. W sposobie budowania napięcia przypomina tu Tindersticks The Bad Seeds (najbardziej w „Hey Lucinda”), choć na pewno nie ma aż tyle mroku, momentami robi się wręcz słonecznie, przykładem niech będzie instrumentalny „This Fear of Emptiness”. Z drugiej strony, kiedy trzeba, potrafią mocniej pulsować, jak w świetnym, singlowym „Were We Once Lovers”, opartym na funkującej figurze basowej. Z kolei „Help Yourself” cieszy ucho delikatnie jazzowymi harmoniami. Pewną sensacją jest tu udział Jehnny Beth z Savages, która pięknie wzbogaciła dramatyczny, kojarzący się nieco z Davidem Bowie „We Are Dreamers”.

Najważniejsze jest to, że cały materiał – wreszcie świeży, autorski i opatrzony świetnymi grafikami – jest atrakcyjny jako całość, połączona wspólnym, nieco smutnym (sennym?) klimatem i pięknymi melodiami. Uwaga – to tzw. „melodie dojrzewające”, nie liczcie, że za pierwszym razem coś z tego zrozumiecie, choć wystarczy dać płycie trochę czasu, by zaczęła w naszej głowie rosnąć. Niewątpliwie jeden z najlepszych krążków w dorobku Tindersticks, choć w swojej istocie absolutnie nieodkrywczy, raczej bez nachalnego plagiatowania uszlachetnia znane skądinąd pomysły.

Arek Lerch

Pięć