TINDERSTICKS – Across Six Leap Years (City Slang/Sonic)

Pozazdrościć wytrwałości. Tindersticks, angole z Nottingham od 1991 roku pojawiają się na rockowych scenach. Po prostu są i choć nie odnieśli jakiegoś oszałamiającego sukcesu, mają swoje grono zwolenników. Dziesiąta płyta w dyskografii nie jest do końca nowością, bo zawiera nagrania z wczesnych krążków na nowo zarejestrowane w historycznym miejscu – Abbey Road Studios.

Wrzucony do indie rockowego worka zespół odróżnia się nieco od hałaśliwej bandy kolegów, tworząc dźwięki wysmakowane i miejscami bardzo stonowane. Na krążku znalazło się dziesięć kompozycji i jeśli mam ocenić zespołowe wybory – są to chyba najfajniejsze piosenki z wczesnego okresu działalności a nowa produkcja tylko uwypukla ich niesamowity klimat, podkreślony przez ascetyczne miejscami aranżacje.

Jaka muzyka znalazła się na płycie? Oględnie rzecz ujmując, by wczuć się w te dźwięki, trzeba mieć butelkę wina, mocą kawę z cynamonem i chujowe samopoczucie. Ewidentnie jesienny, smętny klimacik, emanujący szczególnie z pierwszej połowy krążka zmusza słuchacza do zakopania się pod kocem i kontemplowania minimalistycznych fraz („Friday Night” – dokładnie tak ma wyglądać smutny wieczór!, „Marseilles Sunshine”). Zespół w bardzo wysmakowany sposób używa instrumentów, wydobywając z nich tony raczej delikatne, praktycznie bez użycia jakichkolwiek przesterowanych faktur. Jeśli pojawia się już mocniejsza instrumentacja, realizowana jest na zasadzie spiętrzenia dźwięku charakterystycznego dla formacji Nick Cave and the Bad Seeds. W pierwszym momencie miałem zresztą wrażenie, że słucham mamroczącego Mike’a Watta, wykonującego kowery cave’owskich ballad. Duch australijskiego barda unosi się nad tymi nagraniami, hipnotyzując i otulając dźwiękiem – myślę, że duże znaczenie ma tu także mistrzowsko wygenerowane w studiu brzmienie – ciepłe, głębokie z świetną ekspozycją niskich częstotliwości.

Nie jest to płyta choćby fragmentarycznie agresywna, to raczej intymne, introwertyczne granie, skupiające się na wydobyciu emocji. I jako takie nadaje się głównie do fotelowej kontemplacji. I muszę przyznać, że jako swego rodzaju kompilacja spełnia swoją rolę – mimo, że fanem Tindersticks nigdy nie byłem, postanowiłem sięgnąć po starsze nagrania zespołu, choćby po to, żeby przekonać się, czy magia „Across Six Leap Years” polega na dojrzałości muzyków, na nowo odczytujących swoje utwory czy na wyjątkowości zjawiska pod nazwą Tindersticks.

Arek Lerch

Cztery i pół