TIMES OLD ROMAN – Mateusz Żyła rozmawia z Romanem Kostrzewskim

Kat i wszystko jasne. Polska klasyka, esencja metalu. Obowiązek. A jeśli Kat, to Roman Kostrzewski, czyli gotowy temat na biografię. I taką – w formie wywiadu – zaserwował nam Mateusz Żyła, który wyciągnął od lidera Kata parę starszych i nowszych historii. Jak wyszło? Słusznie zauważył kolega Bartosz, że dzisiaj Roman to taki doświadczony, sympatyczny pan, który dużo przeszedł. A z kolei ja mam prawo trochę ubolewać, że więcej krwi się nie wylało i serce mocniej nie zabiło. Niemniej, polecić „Głos z ciemności” warto każdemu – młodemu i staremu – adeptowi diabelskiej sztuki. Masz mnie wampirze! 

Bartosz Cieślak: Jak wszyscy wiemy, metalu zacząłeś słuchać po sześćdziesiątce. Czym za młodu był dla ciebie zespół Kat?

Arek Lerch: Sam widzisz, że nie mogę w tym miejscu upaść na kolana i powiedzieć, że Kat był bogiem i pierwszą komunią. Niestety. W okolicach 87 roku – o ile dobrze pamiętam – byłem na etapie punk rocka, metal istniał w zasadzie jako naszywki na katanach. Pamiętam naszywki AC/DC, Kreator, TSA i właśnie Kat. Ja wolałem Psy Wojny. Wiesz, rodzima legenda. Bałem się Falona, ale do osławionego klubu Kaktus trafiłem. Ba, byłem nawet w domu Falona, nie pamiętam przy jakiej okazji. Ale my tu o Kacie… Jak widzisz, nie był Kostrzewski moim idolem czasów młodości. Choć biografię przeczytałem z przyjemnością, może dlatego, że gdzieś tam w cieniu hałd się wychowałem (śmiech). A metalu zacząłem słuchać po sześćdziesiątce. Za to podejrzewam, że Twoja historia jest zgoła inna.

Bartosz Cieślak: Moja historia z Katem jest nudna jak facebookowe fanpejdże o metalu. Teledyski w „Clipolu” na TVP2, wywiady w „Brumie”, lista przebojów Rozgłośni Harcerskiej, kaseta „Live Jarocin” kupiona od dziada na rynku we Wrzeszczu… Ot, standard drugiej połowy lat 90. Kat akurat domykał okres swojej świetności muzycznej, a na tle blackmetalowej zawieruchy nawet „prącie trzy na metr” nie wydawało się szczególnie kontrowersyjne. Wówczas był to już zespół jakich wiele. „666”, „Oddech Wymarłych Światów” i „Bastarda” wielbię czołobitnie – za esencję black metalu, za klimat, za teksty. Nigdy natomiast nie czułem swędzenia ekscytacji osobą Kostrzewskiego. Nie studiowałem wywiadów z nim, śmiałem się z jego solowej płyty, a „Biblii Satanistycznej” do dziś nie słyszałem i nie pali mi się. Mimo to uważam, że ta książka powstała w idealnym dla Kostrzewskiego momencie. Pokazuje go bowiem jako człowieka w sile wieku, ale doświadczonego, rozsądnego, gadającego do rzeczy. Dawno nie było takiego Romana.

Arek Lerch: Dawno nie było takiego Romana… Fajnie brzmi, ale od razu otwiera mi się w głowie klapka pt. „wywiady –  rzeki mnie drażnią”. Dlaczego? Będę w tym momencie monotematyczny – niestety, powstała jakiś czas temu wywiadowcza biografia „Desperado”, która poziomem szczególarstwa, obsesyjną dekadencją, bolesną szczerością i nasyceniem perwersją pobiła wszystko, co powstanie gdzieś tak w ciągu najbliższych dziesięciu lat. Dlatego większość tego typu rozmów jest mdła, bo pokazuje bohaterów jako miłych ludzi. Takich do rany przyłóż. Oczywiście, książkę czyta się przyjemnie, jednak zastanawiam się czy nie jest tak, że kiedy sam podmiot dopuszczony jest do głosu, zawsze będziemy czytać o doświadczonym i rozsądnym, gadającym do rzeczy artyście? Co do ekscytacji – cóż, fanatykiem nigdy nie byłem, „Bastard” na półce jest, na szczęście rozmawiający z Kostrzewskim pan zachowuje wstrzemięźliwość i zadaje pytania, zamiast opowiadać o swoim życiu (choć i takie, drobne „wjazdy” się tu zdarzają), jak to miało miejsce w przypadku wywiadu z Tomkiem Lipińskim, gdzie więcej dowiedziałem się o autorze niż artyście.

Bartosz Cieślak: Cóż, poziom szczerości mogą zweryfikować tylko ci, którzy Kostrzewskiego znają osobiście od lat. Ja nie znam, ale kupuję taką wizję nawet, jeśli miałbym dać się nabrać. Mdłości nie odczułem, raczej ulgę. Na tle swoich równolatków-artystów (w tym byłych kolegów z zespołu) Roman prezentuje się jako osoba pozbawiona frustracji, ciesząca się życiem i lubiąca ludzi. „Głos z Ciemności” nie dostarczył mi przełomowych przemyśleń, ale to nie biografia profesora Vetulani. Oczekiwałem zręcznie napisanej gawędy i ją dostałem, nawet siermiężny antyklerykalizm okazał się dość strawny. Rozumiem, że wolałbyś więcej wódy, zomowców i opowieści o bójkach za kulisami? (śmiech).

Arek Lerch: Bo po to są biosy. Jasne, nie każdy może poszczycić się taką historią, o jakich czytamy w „Brudzie” czy „Młocie Bogów”, nie każdy żył niespokojnych czasach, o czym pięknie pisze Marcus Gray, autor biografii The Clash, ba, nie każdy jest Tymonem Tymańskim. Dzisiaj pisanie biosów czy wywiado – biosów to biznes. Książek pojawia się mnóstwo, biografie mają nawet Biebery i inne Rihany, choć z racji wieku, zaczyna się te opisy chyba od pieluch i odżywek dla niemowląt. Ale skoro jest zapotrzebowanie, ok… Kostrzewski zasługuje na taką książkę, bo jest ciekawy, ma coś do powiedzenia, ma wkład w ten biznes i też żył na przełomach epok. Tyle, że chyba wolałbym biosa pisanego w tradycyjny sposób, opisującego postać „z oddalenia”, syntezującego Kata jako całość a nie tylko z perspektywy jednej de facto osoby. Taki sam zarzut mam do skądinąd ciekawej autobiografii Urbaniaka czy Lemmy’ego, bo zawsze będzie to obraz w stylu „ja jestem cwanym sukinsynem a reszta to głupie leszcze”. Dlatego np. dużo bardziej poruszyła mnie książka „Dziewczyna w zespole”, bo pomijając intrygujące opisy nowojorskiej bohemy, subiektywne (a jednak…) spojrzenie na sprawę, jest tu krew, rozdrapywanie ran i przede wszystkim – złowieszcza chęć wsadzenia noża w plecy byłego męża. I to wchodzi, jest nerw, sensacja, brudy. Powiedz sam, nie czekasz na coś takiego?kostrzewski-front_1500px

Bartosz Cieślak: Nie do końca. Biografiom autorskim często brakuje redakcyjnego szlifu i kogoś, kto złapie za twarz słowotok i przesieje bełkot. „Soul Side Story” Tomasza Budzyńskiego jest idealnym tego przykładem. „Głos” to ekstrakt, lektura na dwa wieczory pozbawiona znamion arcydzieła, ale nie aspirująca do bycia nim. Ot, fan rozmawia z idolem, wyciąga z niego przykrą historię dzieciństwa, barwną historię rokendrolowej młodości i refleksję mężczyzny dojrzałego. Oraz parę ciekawostek. I to mi pasuje. W poszukiwaniu żółci i zgorzknienia odsyłam do dowolnego wywiadu z obecnym liderem Kata. W odróżnieniu od ciepłokluchowych wywodów Kostrzewskiego, każdy z nich napełnił mnie smutkiem. „Głos” przypomina zaś, że Roman to swój chłop.

Arek Lerch: Co do szlifu – oczywiście, bywa różnie. Choć czasami ta mniej oszlifowana forma też jest intrygująca. Bez znamion arcydzieła – fakt, to po prostu dobra rozmowa. Bez fajerwerków, do przeczytania podczas jazdy autobusem. I nie chcę, żebyśmy zabrzmieli tu w jakiś sposób zgryźliwie; nie każde dzieło musi być „Ulissesem”, nie każdy artysta musi być Plantem a nie każdy dziennikarz Księżykiem. Bez złośliwości. Problem w tym, że dzieło poddane ocenie, musi zmierzyć się z punktem odniesienia (inna sprawa, jaki przyjmujemy…) i tu zaczynają się schody. W tym przypadku musi być ten kontekst: a tu – jak sam wspomniałeś – jest to rozmowa Kostrzewskiego z fanem. Może właśnie ten fakt jest tu znaczący? Może ten „fanowski” sznyt przeszkadza?

Bartosz Cieślak: W jakimś stopniu na pewno. Autor pisał pracę dyplomową o tekstach Kostrzewskiego, większym fanem nie da się być. Z drugiej strony, to dobrze, że za robotę nie chwycił się ktoś, kto Kata zna z dwumiesięcznego researchu. Czy dałoby się to zrobić lepiej, nie umiem stwierdzić. Pole do popisu jest, Piotr Luczyk pewnie nie ma jeszcze swojego ghost writera. Póki co, dostałem książkę o najpopularniejszym polskim sataniście, którą mogę polecić swojej teściowej. Takie czasy.

Arek Lerch: Na pewno książka pozwala polubić Romana. Przeczytałem i chcę z nim pójść na piwo i pogadać o życiu. Zresztą, gadałem, przy okazji „Wody” i jest niewątpliwie postacią niezwykle interesującą. Podoba mi się szczególnie ten element rozmowy o tekstach (wiadomo dlaczego…), bo faktycznie te poezje zasługują na uwagę. Dobre pytania i wyczerpujące odpowiedzi. To plus. Nudzą mnie za to – podobnie jak w innych biografiach – rozważania o dzieciństwie, jakoś nigdy mnie gówniarskie lata nie interesowały, choć doceniam szczerość Kostrzewskiego w stosunku do historii jego matki. A co do satanizmu – cóż, jest jaki jest. W tym temacie było trochę większych skandalistów, jednak Romkowi udaje się „temu diabłu” nadać przyjazną twarz. Choć ktoś może stwierdzić, że to raczej chęć sformatowania tematu – właśnie – dla teściowej. Roman swoje przeżył i dzisiaj może trochę „dziadkować”, i pewnie dlatego gdzieniegdzie czuć i lekki protekcjonalizm i ten sławny zwrot „dzisiaj sam jestem…” itp. I to mnie troszkę drażni. Cieplutko jest, no…

Bartosz Cieślak: Pamiętam, jak kiedyś w „Tylko Rocku” czytałem relację z 50 (!) urodzin Lemmy’ego, na których zagrała Metallica. Wtedy było to wydarzenie w jakimś sensie symboliczne, bo oto metal przekroczył wiek średni, czego nikt się po nim nie spodziewał. Minęło 20 lat. Lemmy nie żyje, sama Metallica to kolesie po 50-tcie a Roman, cóż – Roman prezentuje się w tej książce stosownie i do swojego dorobku, i do swojego wieku. Trudno mieć do niego o to pretensje. Kiedy miałem lat -naście wydawało mi się, że na starość wszyscy ludzie – od profesora uniwersyteckiego po punkowca – stają się tacy sami. Narzekają na podagrę, marudzą, że czasy są kiepskie, nudzą kombatanckim bajdurzeniem. Z wiekiem utwierdzam się w tym przekonaniu, bo sam zauważam u siebie takie symptomy, choć wciąż jestem młody i niepiękny. Być może lektura „Głosu” jest cieplarniana, ale w wieku Romana chcę mówić jak on – lubię ludzi, cieszę się ich towarzystwem, życie ma wciąż wiele do zaoferowania. Niekoniecznie na blackmetalowym koncercie, może być przy kominku.

Arek Lerch: Może zatem trzeba liczyć, że po śmierci Romana, ktoś wyciągnie na światło dzienne niechlubne, wstydliwe i mrożące krew w żyłach fakty, które postawią lidera Kata w zupełnie innym świetle (śmiech). Ale, ale, nie chcę wyjść w tej bajce na malkontenta i wiecznego sceptyka. Bo „Głos z Ciemności” spełnia przecież podstawowe założenia tej lektury – ma bawić, dostarczać intelektualnej rozrywki i ma utwierdzić fanów Kata, że fajnie być fanem Kata i Kostrzewskiego. Ja chyba fanem nie zostanę, ale podzielam miłość Romana do gór (choć ostatnio oglądanych z rzadka, bo głównie kontempluję mazurskie ostępy…), lubię dobrze zjeść i nawet jeszcze rozumiem ślonską godke. A jeśli mnie coś tam uwiera to poczucie, że nie do końca udało się oddzielić biosa Kostrzewskiego od biosa Kata; w zasadzie nie do końca wiadomo czy to o Kata chodzi czy tylko o punkt widzenia 1/5 tego zespołu. Inna sprawa, że ciekawym dopełnieniem byłaby lektura biografii spisanej przez kogoś z przeciwnej części ekipy. A może takowe dzieło już powstaje, kto wie…

Bartosz Cieślak: Nie udało się, bo nie było takiej próby. Roman to Kat, Kat to Roman. Nikogo nie interesuje Kat bez Kostrzewskiego ani wizja pozostałych czterech członków zespołu. Ja tak naprawdę nie potrzebuję stawiania Kostrzewskiego w innym, nawet ostrzejszym świetle. Już to rzucone przez Mateusza Żyłę jest w pewnym sensie nadmiarowe. Najważniejsze jest to, co Kat zostawił mi w głowie swoją muzyką. Jeśli stoi za nią sympatyczny gość to tym lepiej, ale taka biografia to zawsze lektura uzupełniająca w stosunku do machania głową w rytm „Bram Żądz”.

Arek Lerch: Myślisz zatem, że jest szansa by ktoś, powiedzmy, postronny i skuszony atrakcyjną okładką książki, po lekturze sięgnie po „Oddech Wymarłych Światów”, czy to tylko gmeranie przy sentymencie podstarzałych fanów metalu?

Bartosz Cieślak: Zdecydowanie to drugie. „Głos z Ciemności” w żaden sposób nie wytłumaczy nikomu na czym polega wielkość i szaleństwo tamtych płyt. One mówią same za siebie, a książka to sympatyczny i udany dodatek, spłata fanowskiego długu ku uciesze innych fanów. Czasem tyle wystarczy.

Arek Lerch: Ok. I to było podchwytliwe. Bo jednak są takie sytuacje. Osobiście Zeppelinów pokochałem po lekturze „Młota Bogów” nie słysząc grama muzyki. Ona przyszła dopiero potem i została na dobre. Zatem takie oddziaływanie jest możliwe… A czasami – i tu przytoczę wspomnianą już „Ostatnią załogę na mieście” – wolę wręcz tylko czytać a nie słuchać…

Bartosz Cieślak: Trudno, co zrobić. Nie tym razem, wujku Arku.

Randkę z wampirem zaliczyli Bartosz Cieślak i Arek Lerch

ROMAN KOSTRZEWSKI – Głos z ciemności (SQN)