TIME LURKER – Time Lurker (Monotonstudio/Les Aucteurs de l’Ombre)

Nie tak dawno temu, pisząc bodajże o Serpent Column, wspominałem o charakterystycznym brzmieniu black metalowych zespołów z USA. Teza – skądinąd nawet słuszna – że większość tych kapel łączy dość specyficzne, lekko nietypowe podejście, w przypadku Time Lurker okazuje się jednak błędna. Dałbym sobie rękę uciąć, że to amerykański projekt. I wiecie co? I bym teraz nie miał ręki.

Time Lurker to jednoosobowy projekt ze Strasbourga, założony w 2014 roku przez Mickaela Moreau, ukrywającego się pod pseudonimem Mick. Wspomniana „amerykańskość” debiutu Time Lurker tkwi przede wszystkim w charakterystycznym riffowaniu, bardzo w stylu „cascadian”, przywodzącym na myśl chociażby Ash Borer. Generalnie jednak debiut francuskiego projektu od strony aranżacyjnej nie zaskakuje; ot, riffy są solidne, momentami chwytliwe, kiedy trzeba – jak np. w drugiej połowie „Rupture” – Moreau potrafi na chwilę zwolnić i wyciszyć, decydując się na podbicie klimatu za pomocą klimatycznych gitarowych plam. Bywa, że wręcz troszkę się w tym gubi, czego przykładem są trącące myszką i nieszczególnie pasujące do ogólnego wydźwięku syntezatory w „Reborn”. Mimo to „Time Lurker” to jedna z najlepszych tegorocznych black metalowych płyt, jakie dane mi było słyszeć. Niejednokrotnie już wspominałem, że black metal jest o tyle specyficznym gatunkiem muzyki ekstremalnej, że partie wokalne mogą go zarówno wywindować do wyższej klasy, jak i definitywnie pogrzebać. W przypadku debiutu Time Lurker, na szczęście, do czynienia mamy z pierwszym wariantem. Wokale są właściwie bezbłędne, począwszy od sposobu ich zaaranżowania, a na ładunku emocjonalnym i ekspresji kończąc. To, co dzieje się chociażby w takim „Judgement” to niemal absolut. To dzięki nim ten album brzmi tak beznadziejnie szaleńczo i desperacko, a szeroki wachlarz użytych środków – od typowych growlingów po przeszywające krzyki i jęki – robi olbrzymie wrażenie. Z tego, co udało mi się zorientować, za partie wokalne odpowiedzialni są udzielający się gościnnie wokaliści takich zespołów, jak Rance, Pyrecult, Paramnesia i LMDA, co tłumaczyłoby aż tak dużą rozpiętość i różnorodność ekspresji. W końcu co czterech różnych chłopów, to nie jeden.TL

Nagrywający dla Les Aucteurs de l’Ombre Time Lurker swoim debiutem dystansuje flagowy okręt tej wytwórni, jakim jest The Great Old Ones. Już nawet pomijając same partie wokalne, „Time Lurker” to nieźle zaaranżowany i bardzo dobrze brzmiący album, wystarczająco brudny i niechlujny, ale przy tym nie popadający w autoparodię. Tak jak wspominałem, wszystko to sprawia, że jest to jedna z najciekawszych tegorocznych płyt w tym gatunku, a dla fanów Altar Of Plagues, Wolves In The Throne Room, Ash Borer czy Krallice właściwie pozycja obowiązkowa.

Michał Fryga

Pięć