TIMBER TIMBRE – Sincerely Future Pollution (City Slang/Sonic)

Timber Timbre poszli w elektronikę. Cudują? Wydziwiają? Jeśli tak chcecie to nazwać… Nie do twarzy im? Ależ do twarzy, jeszcze jak! Stworzyli album, którego można by słuchać na okrągło, dzieło właściwie pozbawione słabych punktów. Rzecz, która – jestem tego pewien już dziś – odciśnie mocne piętno na wszelkich płytowych podsumowaniach tego roku. Koncert zespołu w klubie Hydrozagadka już w najbliższy poniedziałek 25.09.

Wiem już, jaką narracją uderzą tak zwani trzeźwo myślący we wszystkich nadmiernych entuzjastów „Sincerely, Future Pollution”. Wiem, bo pierwsze takie opinie miałem już okazję przeczytać. To, co przez wielu uważane jest za wielką siłę tej płyty – niesamowitej miary otwartogłowość, swobodne poruszanie się po odległych od siebie galaktykach i przekucie tego wszystkiego w niewymuszenie spójny krążek, dla innych będzie tutaj największym mankamentem. Ale nie, nie mamy wcale do czynienia z szelmowsko upichconym i apetycznie podanym zlepkiem cudzych pomysłów. Nie ta kategoria wagowa. „Sincerely, Future Pollution” to płyta Timber Timbre, po prostu. Bo że nikt nie jest samotną wyspą, to prawda chyba powszechnie akceptowana. I Kanadyjczycy nie żyją w jaskini – śmiało można podobną tezę postawić. Bo przecież taki „Grifting” to czysty Bowie, nad singlowym „Sewer Blues” unosi się duch Nicka Cave’a, „Skin Tone” zachwyca vibe’m znanym dobrze z kultowego „Moon Safari” francuskiego Air, a utwór tytułowy przywodzi na myśl chociażby „nowożytnego” Lanegana. Im bardziej wprawne ucho, tym więcej będzie w stanie wyłapać naleciałości, inspiracji i odniesień.Caro Desilets_4849@300

Te wszystkie dobrze znane sztuczki nie są jednak celem samym w sobie; Timber Timbre zaprasza je do siebie, czyniąc pełnoprawnymi elementami swojego świata i zaprzęgając do pracy. Brną one jednomyślnie, bez odstępstw, w narzuconym przez zespół kierunku, dlatego właśnie wszystko się tutaj zgadza, dlatego wszelkie takie porozumiewawcze mrugnięcia okiem stają się bardziej ich własne, niż są cudze. I dlatego to wciąż oni, ci sami, choć schowani pod dość grubym zresztą, jakby zimowym, płaszczykiem elektroniki. Noire’owy klimat znany z „Hot Dreams” wyraźnie daje o sobie znać zwłaszcza w „Bleu Nuit”, paradoksalnie, najmocniej chyba maźniętym syntezatorowym oddechem. „Moment”, pięknie początkowo rozmyty, przeradza się z czasem w najbardziej gitarowy fragment albumu i zaskakuje rozkrzyczaną psychodelią. Zamykający „Floating Cathedral” zachwyca natomiast wysmakowanymi wokalizami. Niewątpliwie niezmienna pozostała, bezustannie gdzieś podskórnie wyczuwalna, pewna specyficznej natury wrażliwość. Tym razem maluje krajobraz osamotniony, wręcz wyobcowany. Może to nocne miasto, może nawet tysiące bezimiennych świateł i ludzi. Do głębi, bez wyjątku, zagubionych, miotających się bez celu i zrezygnowanych szamotaniną. Smutny to album i niejednoznaczny, bo z jednej strony trzymający na dystans, a z drugiej: ciągnący za język, pchający w ramiona głębokich wzruszeń i szczerych wyznań, jak dawno niewidziany znajomy. To, mimo wszystko, piękny smutek, daleki tym brutalnie wbijającym w ziemię. Taki lekki i rozmarzony.

Nie chciałbym uczynić tej muzyce krzywdy jakimś przegadaniem czy doszukiwaniem się filozofii tam, gdzie jej nie ma. „Sincerely, Future Pollution” to piękna płyta dla smutnych ludzi, dla tych, którym smutno jest chwilowo i tych poszukujących lekarstwa na chwilowe euforie. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się po Timber Timbre aż takiego strzału. Nie, żebym był jakimś niedowiarkiem – po prostu ten album jest niewiarygodnie wręcz dobry. Fantastyczna sprawa.

Adam Gościniak

Pięć i pół

 

TT