TIIL SUM – I nie ma śmierci, i sen jest tylko… (Dark Omens)

Czy da się nagrać materiał, który jest oryginalny poprzez bycie całkowicie niemodnym i… mało oryginalnym? Wydawało mi się, że to raczej niemożliwe, a wszelkiego rodzaju retro-wycieczki, choć fajne i sentymentalne, traktowałem bardziej w kategoriach miłych ciekawostek. Tymczasem Tiil Sum, stojąc w – użyję modnego teraz określenia – totalnej opozycji do tego, co aktualnie modne, grane i lubiane w black metalu, wypluwają ep-kę, która – gdyby nie trochę lepsze brzmienie – mogłaby spokojnie ukazać się w połowie lat dziewięćdziesiątych.

„I nie ma śmierci, i sen jest tylko…” to materiał bardzo bezkompromisowy. Wspomniana bezkompromisowość ujawnia się w głównie w zupełnie pozbawionym żenady pierwotnym duchu black metalu i silnym, słowiańskim sznycie oddalonym od szopki „Gromu”. Wskazówek szukałbym raczej po drugiej stronie Atlantyku, aczkolwiek tegoroczna płyta Tiil Sum jest na wskroś przesiąknięta rodzimym charakterem. Oczywiście, liryki w języku polskim zdecydowanie to podkreślają, niemniej jak zwykle najważniejsze pozostaje to, co nieuchwytne. Tiil Sum bluźni po naszemu i hołduje naszym lasom – jak to zresztą udanie sugeruje okładka. Może i jest to wszystko nieco naiwne i trochę banalne, ale da się przy tym wyczuć mnóstwo pasji – czy to w pędzących riffach, czy w obskurnych do granic możliwości partiach wokalnych. Demiurg i Legion uciekają się do niezwykle prostych środków wyrazu, nie kombinują i nie szukają wymyślnych rozwiązań, wkładając w swoją muzykę przede wszystkim serce. Chciałbym powiedzieć, że młodzieńcze, bo „I nie ma śmierci, i sen jest tylko…” brzmi jakby był nagrany przez bandę żółtodziobów. Utalentowanych, ale wciąż żółtodziobów. Przede wszystkim jednak, mimo, że brzmi źle, to brzmi naprawdę całkiem nieźle.TS

Cóż, najnowsza ep-ka zespołu to nie jest muzyka dla tych, którzy zasłuchują się w kolejnych klonach Deathspell Omega. Tiil Sum stawiają głównie na atmosferę, ale to raczej nieco zapomniany zapach lasu, który, pewnie, od czasu do czasu przywołają nam formacje takie jak Wędrujący Wiatr (u nas) czy Wolves In The Throne Room, ale jednak w nieco innej formie. „I nie ma śmierci, i sen jest tylko…” to głównie minimalizm. To proste środki i prosty cel. Osiągnięty? W pewnym sensie na pewno tak, ale raz jeszcze pragnę przypomnieć – to płyta ocierająca się o banał. Urokliwy, czarujący i pełen sentymentów banał, w który jednak warto się otulić i warto mu uwierzyć.

Michał Fryga

Cztery