TIDES FROM NEBULA – Safehaven (Mystic)

Tides From Nebula. Zespół, który uratował polski post rock przed zapomnieniem. Zespół, który pokazał, że pozornie niekomercyjną – a przez niektórych określanej mianem nudnej – muzykę można grać z energią godną kapel punkowych i sprzedać niczym największe hity. Nie tylko w Polsce, bo zespół tłucze długaśne trasy w Europie, Azji i gdzie tam sobie jeszcze nie wymyślicie. Można? Oczywiście, choć tak na prawdę nie wiem, jak to wytłumaczyć. Przypadek? Konsekwencja? Dobry marketing? Wszystko po części tak, ale chyba jednak liczą się głównie muzycy, którzy od początku wierzyli w swoją sztukę i bardzo mocno pracowali nad zespołem, nie pozwalając sobie na chwilę wytchnienia czy zwątpienie. I w końcu zaskoczyło. Na całe szczęście, nie zapomnieli podczas tych rozjazdów jak się komponuje. Dzięki temu trzymamy w łapach nową, być może najlepszą płytę zespołu. Na pewno najciekawsza jest okładka, ale muzyka jej nie ustępuje, ma w sobie całe mnóstwo koncertowej energii, przynosi też parę prostszych, bliższych rockowej formule utworów. Brakuje wokali? W sumie… tak, ale… to jest Tides From Nebula. Po prostu…

Grzegorz: Chyba po raz pierwszy mogę powiedzieć, że zespół, o którym rozmawiamy, jest mi bardzo bliski. Emocjonalny stosunek do Tides From Nebula jest wynikiem maniakalnej fascynacji post rockiem i ciągłym wspieraniem krajowej sceny. Od czasu „Purr” z pamiętnego demo, zespół co najmniej bardzo mocno szanuję.

Arek: Ciekawe jest to, że najlepsza płyta Tides’ów ukazuje się w momencie, kiedy de facto ów twór post rockiem zwany, według tego i owego, szczezł już ostatecznie…

Grzegorz: Zdechł już ładnych parę lat temu, ale fanatyków nie brakuje. Może właśnie dzięki djentowi nurt jeszcze maTFN 2 coś do zaoferowania, ale my nie o tym, a o Tides, którym do metalu raczej daleko, a co dopiero do djentu.

Arek: Na szczęście, bardzo daleko. Daleko od wszystkiego. Nawet od tego post rocka, bo nowa płyta jest… w zasadzie… rockowa. Po prostu. Jeśli już to bliżej mamy tu do progresji niż postu…

Grzegorz: Ja pójdę nieco dalej. Do życia, do marzeń i energicznej ekspresji.

Arek: Tides to w ogóle fenomen – nie dość że instrumental, co już jest trudną sztuką, to jeszcze na scenie wcale nie zachowują się jak śnięte sieroty i napieprzają setki koncertów… Z czego to wynika?

Grzegorz: Z determinacji, pasji i naprawdę dobrych numerów, przy których ciężko ustać w miejscu. Widziałeś koncert w TVP? To wiesz, o co chodzi.

Arek: A jednak ta płyta jest inna… Prostsza, bardziej, hmmm, przebojowa. Momentami mam jednak taki odruch, że chciałbym w tych nowych kompozycjach usłyszeć wokal…

Grzegorz: Ale jaki? Czysty? Wiesz, tam od zawsze prosiło się o jakąś dodatkową linię. Tylko bałbym się, że to będzie coś wiesz, jak w Cynic, z vocoderem albo i gorzej. A swoją drogą, ja głos Masvidala bardzo lubię.

Arek: Nie zastanawiałem się jaki wokal pasowałby mi do Tides From Nebula najbardziej… Zważywszy na pewne konotacje z Riverside, na pewno czysty i melodyjny. Ale to abstrakcja, bo czują się świetnie i bez wokali a ludziom się podoba. Uznajemy płytę za najlepsze dokonanie kwartetu?

Grzegorz: Tak szybko chcesz zakończyć rozmowę? No chyba musimy… Podoba mi się naturalność brzmienia tego albumu. Już bez producentów, bez realizatorów za ciężki hajs, a na własny rachunek.

Arek: Wcale nie tak szybko, przyjacielu. Nie tak szybko. Jeśli nawet jest to najlepszy album zespołu, to w pewnym sensie stawia pytanie o dalsze kroki, jakie zespół powinien wykonać, bo bardziej bezpośredniej płyty sobie nie wyobrażam. I lepszej okładki. No i przebojowości. Też balansującej na granicy. Uchwycenie klimatu i energii w jednym jest rzeczywiście idealne, ale tym albumem zespół jednoczesnie stawia się w pozycji tuż przed rozdrożem dróg. I tu musiałbym dorzucić – „niestety”…

Grzegorz: Gdybym Cię nie znał to pomyślałbym, że ostatnio w dłuższej perspektywie strasznie się martwisz – jak nie o kondycję metalu, to o to, czy zespoły, zwłaszcza te nasze, podtrzymają dobrą passę i rzeczywiście zabłysną na arenie międzynarodowej.TFN 1

Arek: Nie tyle martwię, ile zastanawiam. Gdyby to był debiut, niepotrzebny byłby kontekst. Przy czwartej płycie można się przecież pozastanawiać, prawda? Oczywiście, to czysto teoretyczna zabawa, bo zespół zrobi co będzie chciał. Strachu nie ma, bo przecież idzie im całkiem dobrze. Ale co teraz? Powrót do korzeni?

Grzegorz: Nie. Więcej elektroniki, kosmicznych synthów i zmiana brzmienia. Nadal może być skocznie, ale przestrzenniej. Kurde, chciałbym by grali jak God Is An Astronaut z czasów „All Is Violent, All Is Bright”…

Arek: No widzisz, też masz swoje oczekiwania. Elektronika już gości na ich płytach, ale faktycznie, gdyby w części pozbawić zespół gitar i wstawić miękką elektronikę, mogłoby być zaskakująco. Tylko czy to byłby wówczas jeszcze TFN?

Grzegorz: Nie, bo było by to GIAA albo z innej strony, w cięższych momentach – Rosetta. Wychodzą teraz moje fascynacje tym gatunkiem sprzed lat. Dziś słucham takich dźwięków rzadko, a poza tym, jak mam już słuchać, to sprawdzonych typów i TFN jest takim zespołem.

Arek: Solidnie, stabilnie, konsekwentnie, profesjonalnie, precyzyjnie, energetycznie, klimatycznie. Wszystko jest ok. Wszystko jest super, ale… Musi być jakieś ale, prawda? Moje ale brzmi – ciut więcej arogancji. Takiego łobuzerstwa, które do powyższej wyliczanki dodałoby słówko „zaskakująco”…

Grzegorz: Ależ jest zaskoczenie – bo nie spodziewałem się, że zespół odcinając się od typowych dla branży rozwiązań – sukces + producent – nagra album tak dobrze wpisujący się w ich dotychczasowy dorobek. Nie bez kozery grają trasy ze Skyharbor itd. Świat ich docenia. A my, czasem pomarudzimy, ale skrycie wielbimy.

Arek: Ja nawet nie marudzę, bo z dużą przyjemnością słucham tej płyty. Co mnie najbardziej pociąga to fakt, że zespół potrafi zgrabnie, z finezją obejść meandry post rockowej nudy, przez co nie mam odruchu przewijania płyty. A przyznam, że przy okazji poprzedniego dzieła coś takiego mi się trafiło. Chodziło mi raczej o to, żeby gdzieś tam, od czasu do czasu zespół rzucił w ten misternie namalowany obrazek puszką farby, obserwując co też się wtedy stanie…

Grzegorz: Powiem tak, skoro mają swoje studio, wstrzelili się w typowy dla zawodowocych zespołów tryb pracy, teraz mogą pozwolić sobie aby eksperymentować – na koncertach, tkając nowe, jak i w studiu rejestrując najśmielsze pomysły. Z tej, jakby nie było, zabawy, w przyszłości może wyjść coś intrygującego. Może niekoniecznie post rockowego, TFN 3ale jak sam zauważyłeś, progresywnego. To jest właściwy kierunek.

Arek: Właśnie – mają wszystkie atuty i możliwości w ręku. Pozostaje trzymać kciuki, delektując się przy okazji nową płytą. Co nie przeszkadza mi traktować jej jako, no właśnie – takiej płyty granicznej. I z lekkim dreszczykiem czekać na to co będzie dalej. Bo nie wątpię, że będzie…

Grzegorz: Musi. Są naszą dumą, jedną z niewielu ostatnio, którymi można się pochwalić za granica. Są w dużo lepszej sytuacji niż np. Votum, a Ci też zasługują na rozgłos.

Arek: Nie wiem czy słowo duma nie jest tu jednak za mocne bo od razu kojarzy mi się z jakimiś symbolami narodowymi he, he…

Grzegorz: No, z tych to na pewno nie ma co być dumnym. Wytarto sobie nimi mordę wystarczająco mocno, aby nie czuć do nich zasadnego respektu ani historycznego znaczenia. Symbol Polski Walczącej do obecnie znak reklamowy. Logo TFN i ich muzyka przynajmniej podnosi na duchu.

Arek: I tym optymistycznym akcentem zachęćmy do posłuchania „Safehaven”. Warto. Nawet jeśli nie pasuje komuś termin post rock…

Postrokowali Grzegorz „Chain” Pindor i Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu