THY WORSHIPER – Popiół (Introibo Ad Altare Dei) (Arachnophobia Records)

Rok temu recenzowałem na niniejszych łączach najnowszy album Thy Worshiper, „Klechdy”. Umiarkowanie składnie wyłożyłem wówczas co mi na tej płycie bangla, a co nie. Doceniłem metalowe oblicze zespołu i ponadstandardowe rozgarnięcie w realizowaniu swojej wizji, lecz octu do tego piwa dolewało mi folkowe zacięcie, bo tak już z folkmetalem mam i nic nie poradzę. Przy tej okazji wyszedłem z szafy ze swoją sympatią dla debiutanckiej płyty Thy Worshiper, „Popiołu”. Jej reedycja jest okazją, by choćby spróbować uzasadnić, dlaczego wolę płytę (teoretycznie) gorszą od (teoretycznie) lepszej, co jest tym dziwniejsze, że ich charakter nie różni się aż tak bardzo.

Najbardziej oczywistym wytłumaczeniem wydaje się sentyment. Daleko mi do mitologizowania własnej młodości – „Popiół” namierzyłem w okolicach premiery tak, jak namierzyłem wtedy wiele innych płyt, zdarzało mi się słuchać go i zawsze z przyjemnością, ale nie wykułem sobie miecza, nie wystrugałem Światowida w drewutni ani nie biegałem do oliwskich lasów wąchać szyszek i pokrzyw. Już wtedy wolałem bardziej płomienne granie, a że Thy Worshiper nie tłukł blastów non-stop, za to pruł na jakichś flecikach, to i 16-letni Bartek szybko o nim zapomniał. Naiwność „Popiołu” nie jest moją naiwnością, ale dziś, po latach przyswajam ją znacznie lepiej niż wtedy. Odpowiada mi przaśność i teatralna melancholia wczesnego oblicza Thy Worshiper, jak i chwytliwe melodie, które wówczas u nas lepiej grał tylko Christ Agony. Słabość do piszczenia i fujarek zespół miał już wtedy, ale te elementy wpisały się i w ducha czasów, i w mimo wszystko jednoznacznie blackmetalowy wydźwięk „Popiołu”, czyli wciąż więcej tu Rotting Christ, Emperor czy Kata, którego „Oddech Wymarłych Światów” sami członkowie wskazywali jako inspirację. Tu tkwi przewaga debiutu nad „Klechdami”, który wywrócił się pod progrockowym rozmachem i nie zdecydował się, czy chce być z pieczary, czy z Centrum Sztuki Współczesnej; dla wielu była to zaleta, dla mnie nie. „Popiół” nie dokumentuje takiego rozdarcia, „tamten” Thy Worshiper to młodzieńcza zagorzałość, zachłyśnięcie pogaństwem i black metal – momencie nagrywania wciąż nurt świeży i chaotycznie podgarniający różne wpływy, w tym „folkowe”.TW

Całe szczęście, że reedycja „Popiołu” nie jest podpierana kampanią promocyjną opowiadającą farmazony o „klasyce”, „kulcie” itp. Takie slogany robią krzywdę porządnym płytom, przypinając do nich nieadekwatne kryteria. Debiutancki album Thy Worshiper to migawka specyficznych czasów, które dziś wspomina się z przymrużeniem oka cytując bon moty z polskich tekstów, ale tak to wtedy było właśnie i nie ma sensu czarować 20-latków, że w 1996 polski black metal wstrząsał światem. Jest to też płyta lepsza od wielu swoich równolatków, którzy, jak choćby „Wicher” Sacrilegium, zestarzeli się znacznie gorzej. „Popiół” sam w sobie cieszy dobrymi riffami, porządnym wykonaniem i wiarą zespołu we własną twórczość. Może i jest przy  tym śmieszny, ale taki jego bezwstydny urok, który niejednemu przypomni „ich sercom najbliższą pieśń”.

Bartosz Cieślak

Cztery i pół