THY WORSHIPER – Ozimina (Arachnophobia Records)

Thy Worshiper może poszczycić się dość długim stażem twórczym. Mimo to przez ponad dwadzieścia lat swojej działalności sprezentowali jedynie trzy pełne albumy. Ale w muzyce (jak i właściwie w każdej dziedzinie sztuki) nie liczy się oczywiście ilość, a jakość. A do tego aspektu akurat w ich przypadku nie można się zbytnio czepiać. Niewątpliwie jest to zespół, który idzie własną drogą, jest udręką dla miłośników szufladek, zmorą dla fanów gatunkowej czystości i wyzwaniem dla recenzentów. Jednak pomimo trudności w nazwaniu tego co tworzyli i tworzą (a może dzięki temu), zyskali szacunek i sporą grupę zwolenników. Mnie również, dawno temu. W połowie września oficjalną premierę będzie mieć najnowszy krążek, mini-album „Ozimina”, a już teraz, właśnie o nim, słów kilka poniżej.

Zanim o muzycznej stronie wydawnictwa, muszę zaznaczyć, że bardzo podoba mi się sam tytuł. „Ozimina” daje bowiem nadzieję, że zasiane na tej ep-ce dźwięki niebawem zaowocują pełną płytą, tak jak zboża ozime, które potrzebują chłodu i czasu, aby wykiełkować i wydać plon. A jeśli wierzyć słowom założyciela i „Halny” rzeczywiście będzie wyznacznikiem kierunku jaki Thy Worshiper zamierza obrać na nowym albumie, to zacieram ręce, bo oznacza to, że będzie bardzo klimatycznie, rytmicznie, etnicznie, a nawet odrobinę nostalgicznie.

Wróćmy do „Oziminy” sensu stricte. Ep-kę otwiera „Brzask”. Widzę to tak – nad polami jesienna mgła. Niby słońce jeszcze nie wzeszło, a już jakby ktoś pukał do trzewi naszej świadomości i wołał „przyjdź!”. I w tym momencie masz wybór słuchaczu, idziesz i dajesz wciągnąć się w gęste zarośla ciemnych borów, lub śpisz dalej, tym samym tracąc możliwość obcowania z dzikim, nieznanym światem pozazmysłowym… Utwór otwierający jest wariacją na temat utworu Ignis (jak to zaznaczył sam twórca przy okazji wywiadu). Rzeczywiście, fragment tekstu i główny riff to elementy Thy Worshiper’a z drugiej płyty, i to by było na tyle; cała reszta to już zdecydowanie świeże tchnienie obecnej, muzycznej kreacji. Mimo, iż jest to właściwie najmocniejszy utwór w kategoriach brzmieniowych, nie brak w nim akustycznych przerywników, kobiecych zaśpiewów przy akompaniamencie rytmicznej perkusji i finalnie prawie dwuminutowej celebracji dźwięków; szumów, stukotów, grzechotów… Gdzieś już delikatnie powiewa, przecież za moment zerwie się „Halny”. Energiczne pohukiwania wprowadzają nerwowy rytm. Zimowe, surowe powietrze morowe, szczypie i zacina, tak jak gitarowe partie tego utworu. Porywiste. Wywiało nas w las. Leżymy w „Ożynach” (u mnie to by były czernice, a tak całkiem po polsku to jeżyny) zaspani i senni, więc nie wypada krzyczeć. Cały utwór jest przeszeptany, a szeptom tym wtórują niskie, hipnotyczne dźwięki didgeridoo i leniwe, aczkolwiek niepokojące rytmy. Pozorna błogość i spokój przychodzi wraz z kolejnym utworem. „Wietlicę” rozpoczyna piękny, gitarowy motyw z rytmicznymi stukotami w tle, błogostanu dopełnia nimfatyczny głos wokalistki, który wabi nas nocą w głąb gęstwiny. „To noc gdy czas umiera, to noc gdy czas miłością płonie”… tak właśnie, skradamy się wśród paproci szukając kwiatu, który zapewni nam dobrobyt. Znaleźliśmy chyba jednak wehikuł czasu i dzięki niemu przenosimy się w czasy „Popiołu”. Odświeżona wersja szlagieru sprzed ponad 20 lat „Wśród Cieni i Mgieł” zyskała klimatyczne intro i sporo „malarskich” lamentacji, które są zdecydowanie bardziej uwydatnione (nawet zastąpiły niektóre instrumenty) i mocniej wyeksponowany rytm, jednocześnie tracąc obecną w pierwowzorze, melorecytacyjną nostalgię i może odrobinę obecnego niegdyś patosu, na rzecz bardziej plemiennego, transowego, ale nadal mocnego brzmienia. Wszystkich, którzy sądzą, że takie „odgrzewanie kotletów” jest pozbawione sensu odsyłam w piździelec. Moim zdaniem, nowa aranżacja tego utworu doskonale puentuje kierunek rozwoju zespołu, jednocześnie pokazując, że obecna, muzyczna wizja nie wzięła się z nikąd. Z popiołów powstajemy i dołączamy do swoistego konduktu pogrzebowego. „Oziminę” bowiem rozpoczyna wers hymnu „Dies Irae” (nie, nie tego Kasprowiczowego, a tego bł. Tomasza z Celano), współcześnie śpiewanego przez żałobników. Całość numeru bazuje na melodii pierwowzoru, jednak trzonem utworu jest zdecydowanie rytm, mantryczny, przywodzący na myśl bardziej plemienne tańce, niźli snujące się ponuro płaczki. I w tym momencie można by uronić łzę, że to już koniec.Thy4

Tak właśnie słyszę i widzę (bo mnogość „przeszkadzajek” pobudza wyobraźnię) całość „Oziminy”. Jak można zauważyć, dość często odwoływałam się do rytmu. Jest on w moim odczuciu głównym czynnikiem, który warunkuje odbiór (nie bez potrzeby mają w swoich szeregach i perkusistę i człowieka od instrumentów perkusyjnych). Jeden z wersów wiersza Czechowicza, który niegdyś wykorzystany został w innym projekcie założyciela zespołu mówi, że „formy poddają się rytmom” i ten właśnie wers zdaje się doskonale opisywać kierunek, w którym zmierza muzyka Thy Worshiper. Riffy łagodnieją, zanikają, a prym wiodą transowe, plemienne rytmy, wciągając nas w ludowe pląsy , czasem w zadumę nad majestatem natury i naszym pierwotnym, dzikim „ja”. Ważnym elementem jest także pewna „niemetalowość” dźwięków sprezentowanych na ep-ce. To duży plus tego mini albumu. Okazuje się, że można stworzyć niepokojący, fascynujący, dziki, chwilami złowrogi, a chwilami hipnotyzujący świat dźwięków i operując jedynie około-metalową stylistyką przecierać nowe szlaki na gruntach muzycznej czerni. Bo czerni tu niewiele, zdecydowanie więcej barw (Matki) Ziemi, tej przykrytej płaszczem liści i tej otulonej śnieżnym puchem.

I na koniec drobne postscriptum. Z reguły nie lubię się powtarzać, ale w przypadku Thy Worshiper i ich najnowszych poczynań, muszę, na wszelki wypadek, jakby ktoś zapomniał. Otóż, o ile znaczna większość kobiecych (czy też łączenia kobiecych i męskich) wokali, w kapelach stricte lub około-metalowych powoduje u mnie ruchy perystaltyczne w odwrotnym kierunku, tak przypadek wokalistki – Anny Malarz jest właśnie jednym z tych bardzo nielicznych wyjątków. Powiecie, przecież w muzyce zespołu wcześniej również obecne były damskie wokale. Owszem, ale dopiero teraz stały się one niejako jednym z tych wszystkich nietypowych i wyszukanych instrumentów, tworzących niebanalną atmosferę. Nie dość, że brzmią niebywale spójnie z Worshiperową wizją (ba, właściwie nie wiem, co by było gdyby pozbawić „Oziminę” tychże…) tak ponadto tworzą unikalny, ludowy (a nie „wieśniacki” jak to bywa w sporej ilości przypadków), transowy, hipnotyczny klimat. Dlaczego? W moim odczuciu odpowiedź jest prosta – brak silenia się na „divowanie” i tym samym dziwowanie, doskonałe wyczucie muzyki i korzystanie ze swoich umiejętności w sposób wyważony, nieprzesadzony i kunsztowny. Przyznam, że jestem po prostu urzeczona.

Nie pozostaje mi więc nic innego jak z czystym sumieniem zachęcić miłośników folkowo-plemiennych rytmów do zapoznania się z najnowszym tworem Thy Worshiper i cierpliwie czekać, aż „Ozimina” wzrośnie kolejnym albumem.

Justyna Bochenek

Cztery