THROPY EYES – Everything Goes Away

Pięć utworów, niemal dwadzieścia minut skondensowanego wkurwienia, melodii i całej masy emocji. Hardcore-punk? Pop-punk? Kalifornia, słońce, skojarzenia z Blink 182, Rise Against a z drugiej Man Overboard i Title Fight? Ba! Tyle, że wszystko to po drugiej stronie globu, w Australii, gdzie niezależnie czy to core, czy metal, wszystko jest na światowym i zadowalającym mnie poziomie.

„Everything Goes Away” to krotki, ale bardzo treściwy materiał. 11 listopada, data, kiedy ep – ka ujrzała światło dzienne znacząco umiliła mi ten niezbyt przyjazny dzień. Choć tekstowo jest to rzecz bardzo smutna, to w zasadzie wyznanie młodego człowieka, który zdecydował się zacząć życie od nowa – dosłownie od zera w nieznanym, dużym mieście. Bez kasy, nadziei, przyjaciół – a co najistotniejsze bez celu, którzy frontmanowi Trophy Eyes przywraca dopiero hardcore i nowi ludzie. Cliche? Może i tak, ale chłop trafia sedno problemów młodych ludzi na całym świecie, którzy szukają nowych sposobów na znalezienie sobie miejsca w rzeczywistości.

Stricte muzycznie panowie nie odkrywają nomen omen Ameryki, ale słucha się tego z niekłamaną przyjemnością, banan na twarzy pojawia się szybko i praktycznie ani na moment z niej nie znika. Proste, nieskomplikowane, wściekłe, ale za to walące po pysku granie wychodzące spod palców i w sumie to dwóch gardzieli Trophy Eyes to najbardziej szczera rzecz jaką usłyszałem w tym roku. Tyle. Bo co tu więcej pisać? Ramy gatunkowe wszyscy znamy, melodyjki łatwo wpadają w ucho, a kiedy chłopcy rezygnują ze ścigania się na szybkość z Comeback Kid, uwidaczniają się wszystkie smaczki brzmieniowe całej ep – ki. Wolniej po prostu czasem znaczy lepiej i solidniej.

Grzegorz „Chain” Pindor

Trzy i pół