THRONEUM – Death Throne Entities (Pagan Records)

Great Executor i Thermonuclear Philosopher nie będą szczęśliwi, bo recenzja ich nowej płyty ukazuje się na łamach internetowego zine’a. O wywiadzie nawet nie próbuję myśleć. Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że taka bezkompromisowa postawa jest konsekwencją daleko idących przemyśleń względem współczesnego świata… To wszystko nie zmienia jednak faktu, że jak zwykle przygotowali wysokoenergetyczną mieszankę totalnego syfu, zwącego się old skul absolutny…


Nawet nie chce mi się liczyć, ile to już krążków naprodukowali śląscy zaprzańcy. Dlaczego zaprzańcy? Ano, dlatego, że świat idzie ku nowemu a ci ciągle swoje kvlty tłuką jeden za drugim. Ha… Pewnie niejeden tak właśnie spuentuje najnowsze dzieło Throneum. W dobie Internetu i cyfrowego zgiełku zespół pozostaje nieprzejednany, nawet kompakt traktując jako zło konieczne. Cóż robić, na szczęście, dzięki uprzejmości a w zasadzie wytrwałości Tomka Pagana Krajewskiego nie muszę brukać muzycznych świętości i słucham muzyki Throneum z normalnego – tzn. dla mnie (!!) – srebrnego krążka. Ten przydługi  wstęp jest potrzebny, bo tylko w jego kontekście mogę przedstawić  wyziewy Throneum w odpowiednim świetle.  Choć akurat światło ma tu najmniej do powiedzenia, bo do piwnic, gdzie przesiadują, żadne promienie nie nie docierają.

Chciałbym też zaznaczyć, że do słuchania „Death Throne Entities” trzeba mieć odpowiedni nastrój, jak do każdej produkcji grupy. Podobne zabiegi są potrzebne w stosunku do mistrzów z Darkthrone, jednak w przypadku Throneum nie ma  mowy o kpinie i celowym uwstecznianiu dźwięków. Te są już wystarczająco prymitywne, zaś sam zespół podaje je ze znawstwem prawdziwego rzeźnika. Płyta rusza perkusyjnym przejściem, po którym następują 34 minuty totalnego dołowania, brudu i iście piwniczno – garażowego soundu. Niecałe dwa lata temu byłem mocno zafascynowany poprzednią produkcją Throneum „Deathcult Conspiracy”, która wydawała mi się nieco bardziej nowoczesna; nawet jeśli tak było, nowe dzieło to cała plejada zagrywek sprzed dwudziestu lat, omszone, zatęchłe riffy, dudniące ponuro beczki i chyba najbardziej obleśne w historii zespołu partie wokalne. Throneum zdaje się nie pamiętać o aranżacjach, o dramaturgii, zapieprzając opętańczo do przodu. Zwolnienia owszem, są, jednak ich charakter jest podobny do reszty – nie ma wytchnienia, nie ma nadziei jest szaleństwo, zło, szatan sypiący się z tekstów i wielki „fak” w stronę miłościwie nam panującej religii. Throneum AD 2011 wydaje się być jeszcze dzikszy niż dotychczas, jeszcze bardziej niebezpieczny i  absolutnie poważny. O ile w stosunku do wspomnianych gdzieś wyżej Norwegów pozwalam sobie na kpiący uśmieszek, o tyle krajan absolutnie nie zamierzam traktować protekcjonalnie. Bo nie chcę dostać w gębę.

Inna sprawa, że narażę się, chwaląc wykonanie nowej muzyki – nie trzeba być znawcą, by usłyszeć, że duet, wspomagany teraz przez basistę, sporo się przez lata nauczył. Najnowsze dzieło kumuluje smaczki z całej kariery Ślązaków, łącząc je w postaci całkiem zróżnicowanych, spiętych klamrą agresji kawałków, z których spora część stanie się autentycznie…  kvltowymi. Nie sądzę, że Throneum znajdzie na swojej drodze nowych wyznawców, bo choć wpasowuje się – zupełnie przypadkiem – w modę na stare, metalowe grzańsko, to szybko i z przerażeniem dostrzec można, że to nie Morbus Chron, dzieciaki, pozujące (bardzo udanie, nie powiem…) na starą szkołę a bestia, która może całkiem realnie skrzywdzić, bo jest portalem przenoszącym dawne czasu na współczesny grunt. Pewnie, gdyby była taka możliwość, muzycy chętnie cofnęliby się do jakiegoś 87 roku a dzisiaj czytalibyśmy o nich jak o prekursorach, którzy dali początek death metalowej zrazie. Czy mnie lubicie, czy oplujecie – szacun. Czyli rispekt.

Arek Lerch  4