THIS OR THE APOCALYPSE – Dead Years (Lifeforce Records)

Żaden stricte metalcore’owy album w tym roku nie może konkurować z „Dead Years”. Zaraz pewnie ktoś zarzuci, że przecież lepsze albumy wydali panowie z The Chariot czy Every Time I Die, ale te dwie nazwy nie przynależą do metalcore’owego worka, a co najwyżej do core’owego ogólnie, a This or the Apocalypse, tak jak 2 lata temu, kiedy to wydali „Haunt What’s Left” a Parkway Drive „Deep Blue”, ponownie zostawili daleko w tyle konkurencję, uświadamiając wszystkim, że są bardzo niedocenianym zespołem, a dla wielu (w tym dla niżej podpisanego) liderem w tej stylistyce.

„Dead Years” to znacznie cięższy i brutalniejszy materiał niż super techniczny i momentami progresywny poprzedni krążek, co się im bardzo chwali. To album kompletny, wybitnie koncertowy i mimo iż muzycy formacji kładą potężny nacisk na technikę, nowe kompozycje są łatwe do przyswojenia a zarazem piekielnie przebojowe, a poza tym, oferują całą paletę wwiercających się w pamięć melodii, ciekawych i niemal hymnicznych zaśpiewów. Największym atutem formacji, prócz oczywiście dwóch superutalentowanych gitarzystów (solówki!) i (nowego) perkusisty, jest Ricky Armellino, młody wokalista dysponujący zarówno potężnym growlem, wysokimi screamami jak i tym co najlepsze – pięknym śpiewem. Tym ostatnim nie raczy nas zbyt często, ale kiedy już pozwala sobie na refren czy wersy z cleanami, są to najlepsze momenty na albumie („A Damn Moment”, „You Own No One But You”).

Malkontenci mogą narzekać, że jest za dużo breakdownów („Power Hawk”) czy chwil na oddech, ale panowie z This or the Apocalypse grają wyłącznie ‘’do przodu”, nic tutaj nie stoi w miejscu, wszystko płynie i dobrze, że od czasu do czasu przypominają sobie o tym, że trzeba dać słuchaczowi odpocząć. Ja chwil wytchnienia nie potrzebuję i po raz n-ty żałuję, że kiedy miałem okazję, nie widziałem ich na żywo. Takich błędów nie wolno popełniać, tak jak nie wolno nagrywać gorszych albumów od „Dead Years”. Po prostu nie wolno. W przeciwnym razie, po co w ogóle grać?

Grzegorz „Chain” Pindor