THERION – Les Fleurs Du Mal

Therion od swoich początków przesuwał granice tego co w symfonicznym czy operowym metalowym graniu dopuszczalne i właściwe, dobierając z różnym zresztą skutkiem proporcje muzyki metalowej i klasycznej. Kiedy przeczytałem na oficjalnej stronie zespołu, że Nuclear Blast uznał nowy pomysł wydawniczy Christofera Johnssona za „a bit too spectacular”, dając mu tym samym do zrozumienia, żeby poszukał sobie innego frajera do spełniania swoich zachcianek, zacząłem zastanawiać się, jak bardzo rewolucyjny będzie to materiał. Choć dla wielu słuchaczy wszystko co ukaże się pod szyldem Therion będzie zawsze tylko metalem wspomaganym sopranem i nie ma czego roztrząsać, sam pomysł na płytę „Les Fleurs Du Mal”, wdzięk oraz prostota jego wykonania zaskakują i prowokują do polemiki nad powodzeniem tego przedsięwzięcia.

Muzyczna Francja lat ’50 i ’60 ubiegłego stulecia miała niewątpliwie szczególne zasługi dla rozwoju tzw. współczesnej chanson. W tamtym czasie na Eurowizji królowały takie zawodniczki jak Betty Mars (znana także z filmu „Emanuelle”), czy France Gall. Dzisiaj nazwalibyśmy to muzyką pop, ale wtedy numer z kanciastym refrenem opartym na szczątkowej melodii z cedzącym słowa murzynem w tle przepadłby jako uwierająca proretariat awangarda. Jakkolwiek melodie Serge Gainsbourg, Léonie Lousseau czy France Gall brzmią dzisiaj może i „trochę” pretensjonalnie za sprawą upływu czasu, przebrzmiałej otoczki kaszkietowo-apaszkowej Francji Luisa De Funes, czy polskiej „twarzy” francuskiej chanson – Ireny Santor,  recenzujący uwiedziony jako dziecię echem tychże w filmach z Jean Paul Belmondo i Brigitte Bardot, akceptuje z pełnym zrozumieniem dlaczego ich urokliwa prostota pięćdziesiąt lat temu porywała tłumy. W gatunku tym melodia była wszystkim; zaznaczmy – rzewna lub zaczepna melodia, podręcznikowo konstruowana, napędzająca liryczną zadumę albo zmuszającą naszych dziadków do rozruszania stawów.  Dlatego tak fantastycznie naturalnym posunięciem dla bandu stale balansującego między tym co melodyjne i nieznośnie melodyjne, było sięgnięcie do spuścizny piosenki francuskiej.Jeżeli myślicie , że po „Santorce” gorzej być nie może, śpieszę donieść, że Szwedzi podeszli do tematu poważnie i nie sparodiowali oryginałów. Wprawdzie gitary therionowym zwyczajem tworzą rockowo-metalowe podkłady, ale tym razem zespół bacząc na wybitnie komercyjną proweniencję materiału, uniknął jego (nadmiernego) zmetalizowania,  porzucił swoje bombastyczne (poza słabszym, otwierającym płytę „Poupee de cire” i niepotrzebnym w tym zestawieniu speedsterem „Je n’al besoin que de tendresse”), rozbudowane aranżacyjnie granie, uspokoił sekcję rytmiczną, ograniczył orkiestracje i zwiększył etat dla Lori Lewis. W mojej ocenie zespół wypada najciekawiej właśnie w tych momentach, gdy jest mniej metalowy i traktuje te rozrywkowe piosenki operową manierą. Dzięki takiemu zabiegowi stworzono wysmakowany i czystszy w swojej klasycznej formie produkt, który momentami bardziej przypomina  musical „Notre-Dame de Paris” z pamiętnymi dla wielbicieli paryskiej bohemy partiami Garou, czy zjawiskowej Helene Segara, niż metalowy zespół grający operę. Pojawiają się tu także zróżnicowane, bardziej nowoczesne rozwiązania, jak alternatywny rock w stylu Les Rita Mitsouko („Initials B.B.”), czy gotyk w refrenie  „Lilith”, który za sprawą zmysłowej Linnei Vikstrom przywodzi na myśl dokonania Type O Negative z okresu „October Rust”. Pomimo dokonania zmian, „Les fleurs du mal” to wciąż jednak majestatyczny Therion, a nie zwykłe odbicie w lustrze zmęczonej twarzy wiecznie młodego Jurka Połomskiego. O ile „Polichinelle” uznamy za ciepłe kapcie, to takie „Mon amour, mon amie” i „J’al le mal de toi” przeprowadzają operację na otwartym, chorym z miłości sercu kochanka, tyle że tym razem odbywa się to w lofcie przy Rue de L’Estrapade, a nie w grocie Demona Kali.

Jeżeli nigdy nie lubiliście Therion, założę się, że tę płytę szczerze znienawidzicie albo w najlepszym razie uznacie za nieudany żart. Fani zespołu powinni co najmniej docenić bądź co bądź nonkonformistyczną postawę Christofera Johnssona , który sam wydał ten materiał i nadal nadaje morsem do rozbitków szukających tylko pięknych dźwięków by przeżyć.

Kuba Kolan