THERAPY? – A Brief Crack Of Light  (Blast Records)

Są zespoły, które się po prostu lubi. Bez żadnych „ale”, bez warunków. W ten sposób mógłbym skwitować moją znajomość z  irlandzkim Therapy? Dodam, że znajomość wieloletnią, sięgającą mitycznych nagrań z „Pleasure Death”  i „Babyteeth” (ale jestem stary…). Przeszedłem z zespołem przez wszystkie etapy – zachłyśnięcie się komercją na „Infernal Love”, zagubienie, mariaż z nowym rock’n’rollem na „Shameless” i hardcore („Never Apologise Never Explain”) oraz mozolne odbudowywanie własnej tożsamości na ostatnich płytach. Teraz możemy uznać się za stare, zgrane małżeństwo, w którym raczej trudno o konflikty i  – na szczęście – nie ma mowy o jakimś rozwodzie…

 

Nowa, trzynasta płyta Andy’ego i spółki jest… taka jak zwykle. Czyli trochę prostych, cholernie rytmicznych kawałków, idealnych na koncerty, ale też sporo dziwacznego hałasu, niemal dub’owych poszukiwań rytmiczno – brzmieniowych i jeszcze większy niż na „Crooked Timber” posmak dekadencji. Ok., może fani czysto noise’owego oblicza nie znajdą tu dla siebie muzyki do kochania, ale i tak, w porównaniu z niektórymi momentami w karierze, „A Brief Crack of Light” jest szorstki i mocno eksperymentalny.  Płytę  trzeba „oswajać”  bardzo długo. W pierwszym odruchu wszystko brzmi bowiem jak zapis próby, gdzie zespół gra jakieś szkice, bawi się dźwiękiem i pomysłami. Dopiero po jakimś czasie osłuchujemy się z tymi utworami i zaczynamy chłonąć nie dziwactwa a właśnie ten fajny, „terapeutyczny” (?) drajw, który pozostał bez zmian. Jeśli miałbym doszukiwać się czegoś charakterystycznego, byłby to silny posmak nostalgii za jedynymi, słusznymi latami 90 – tymi.  Sposób konstruowania tych piosenek, dbałość o brzmienie i fakturę dźwięku kosztem „komercyjnej gładkości”,  szukanie raczej mało typowych rozwiązań to domena mojej ulubionej dekady. Z drugiej strony zespołowi udaje się i tu przemycić kilka bardziej hiciarskich fragmentów, chociażby w „Before You, With You, After You”, gdzie kojarzące się z Fugazi zwrotki sąsiadują z mega – przebojowym refrenem. Ale już za nim sadowi się graniczący z kakofonią song „The Buzzing”.  Jak zwykle zwraca się uwagę na pracę gitary Andy’ego. Z jednej strony bardzo rytmiczną, ale co i rusz zapuszczającą się w psychodeliczne (zgrzytliwe?) rejony. Odwaga, jaka cechuje tego muzyka zawsze mi imponowała. A może wynika to z faktu samoświadomości; wiadomo – czasy chwały już nie wrócą, więc po co konkurować z młodymi wilczkami, co i tak skończy się klęską. Zamiast tego bawimy się muzyką, szukamy i ciągle potrafimy zaskakiwać („Ecclesiastes” fanów rocka pewnie nie na żarty wkurzy…). Grupa śmiało wkracza na całkowicie niekomercyjne rejony i z dzisiejszej perspektywy album „One Cure Fits  All”, który swego czasu postrzegałem jako najmocniejszy w karierze Irlandczyków, jawi  mi się krążkiem totalnie przebojowym i stosunkowo prostym.

W przypadku nowej płyty trzeba się uzbroić w cierpliwość, bo bez niej wywalimy krążek w cholerę. Poza pierwszym kawałkiem „Living in the Shadow of the Terrible Thing”, który jest mocnym nawiązaniem do chociażby „Troublegum”, reszta to maniakalne poszukiwania istoty rytmu i dysonansu. Jak dla mnie udane, a dla reszty  – chyba nie do końca. Po tylu latach zespół pozostaje nieprzejednany i  na swój sposób odkrywczy. Ciekawe, co na temat tej płyty powiedzieliby niegdysiejsi krytycy „Nurse” uważanej w 1992 roku za nagrobek zespołu…

Arek Lerch 5