THEM PULP CRIMINALS – Lucifer is Love (wyd. własne)

Przydałaby mi się teraz ściąga w postaci jakiegoś suplementu do – znanego skądinąd i skądinąd świetnego – felietonu Piotra Weltrowskiego o ganieniu płyt kolegów. A jak je chwalić? Najlepiej w ogóle, bo i tak nikt nie uwierzy. Prywata, kolesiostwo, poklepywanki po plecach – muzyka kogoś, kogo znamy osobiście, nie ma prawa się tak po prostu podobać. Wdeptanie w błoto potęgą szczerego, niezależnego osądu, tego oczekuje od nas podziemie, scena, fora i cały Facebook na południe od Porcys. Nic jednak nie poradzę, że bdb kolega, połowa duetu Them Pulp Criminals zaśpiewał na fajnym materiale. Będzie laurka. Róbcie z tym co chcecie.

Żeby nie było za różowo – nie jestem wielkim fanem stylizacji, a Them Pulp Criminals to sama stylizacja. Kowboje-nekromanci z Krakowa pichcą mieszankę outlaw country, przyciężkawego surfu i rockabilly z grobu, będąc w tym bardziej anglosascy niż połączone siły „Near Dark” i „Penny Dreadful”. Nawet jeśli uznamy, że to taki amalgamat z King Dude, Ghoultown i Those Poor Bastards, to „Lucifer is Love” został napisany i odegrany ze smakiem, wyczuciem i najlepiej jak się da. Numery wpadają w ucho i bez problemu wpisują się zarówno w nadźgane bimbrem i czarnym humorem country („Lucifer is Love”, „Sacred Ground”) jak i skoczne twisty brzmiące jak rockabilly’owe kowery Social Distortion („The 130”). Świetnie sprawdza się perełka w postaci koweru „Love in a Void” Siouxie and the Banshees w wersji mroczno-surfowej. Aranżacyjnie i brzmieniowo mucha nie siada i aż trudno uwierzyć, że całą muzykę skomponował i nagrał w pojedynkę niejaki Igor Herzyk, w dodatku w domowych warunkach. Najłatwiej w tej sytuacji wyłożyć się na wokalach; na szczęście, znany z darcia się w kilku metalowych składach Tymek czaruje dostojnym barytonem i zgrabną angielszczyzną, której nie plugawi plebejski, słowiański akcent.TP Band

W Them Pulp Criminals brakuje mi jakiegoś swojskiego, przaśnego pierwiastka, który osadzałby ich twórczość tu i teraz. Ja rozumiem, że najsłynniejszym wampirem między Odrą a Bugiem jest Leszek Pękalski, ale z takim potencjałem i talentem zespół mógłby zaproponować coś bardziej autorskiego niż tylko pin-up’kę przemyconą przez wujka-marynarza. Stać ich na to. Miejski folk Nowej Huty wcale nie musi być mniej atrakcyjny niż ten z Luizjany, a z pewnością nie jest mniej przerażający. Póki co, „Lucifer is Love” to debiut więcej niż obiecujący. Materiał wisi do zdarcia na zespołowym Bandcampie, o nośnik plastikowy zadba wkrótce Malignant Voices.

Bartosz Cieślak

Zdjęcie: Katarina Nacht

 Pięć