The Wounded Kings – In the Chapel of the Black Hand (I Hate Records)

No, to się nieźle pomieszało w The Wounded Kings. Nie znam przyczyn, jakie stoją za poważnymi roszadami personalnymi, ale chyba nie było dobrze, skoro na pokładzie został jedynie Steve Mills, a do składu doszło trzech nowych muzykantów i… wokalistka! O, zgrozo! Toż to niechybnie musi być koniec autorów znakomitego „The Shadow over Atlantis”!

 

Nic z tych rzeczy! Imć Mills zgrabnie pozbierał rozsypane klocki, nasłuchał się klasycznego, posępnego łojenia i stworzył z nową ekipą krążek goniący za kultowymi nagraniami Candlemass i Cathedral. A do tego, dzięki niesamowicie głębokiemu, przejmującemu wokalowi Sharie Neyland, zaczął się ścigać z ostatnim odkryciem sceny – Jex Thoth. Ba, moim skromnym zdaniem, dzięki złożeniu jej głosu z dużo wolniejszym, bardzo posępnym materiałem już zdołał prześcignąć nierówne ostatnimi czasy komando z Kalifornii. Weźcie na tapetę taki chociażby utwór tytułowy, który na przestrzeni 10 minut pięknie płynie z leniwym prądem klasycznie doomowych riffów, by przez moment mamić hipnotycznie rozłożonymi akordami, a na koniec wdeptać w glebę pogrzebowym rytmem i zawodzącymi w tle plamami generowanymi przez klawisze, które niejednemu przypomną złowieszczą atmosferę „The Dreadful Hours”. Klimat całości po prostu wyrywa z butów, wobec czego na „In the Chapel of the Black Hand” można znaleźć momenty, w których bardzo mocna warstwa instrumentalna schodzi na dalszy plan Wypada jednak przyznać, że chropowate brzmienie, lejące się z wolna solówki i ultraciężkie riffy po prostu przemielą was razem z mięciutkim fotelem, który właśnie zajmujecie. Nie wierzycie? To posłuchajcie instrumentalnego, niespełna czterominutowego „Return of the Sorcerer”, który w niezwykle krótkiej, jak na The Wounded Kings, formie zaatakuje was doom metalowym rzemiosłem najwyższej próby. Nic tylko odpalać płytę i chłonąć te sunące mozolnie dźwięki.

Trudno mi stwierdzić, czy The Wounded Kings ubiegłoroczna zmiana wyjdzie na dobre. Na pewno zespół wyszedł z tej potyczki z tarczą. Czy to wystarczy, by pójść za ciosem i utrzymać się na powierzchni doom metalowego półświatka? Nie wiem. Jeśli się nie uda, to chyba Mills będzie musiał się przeprosić z byłymi kolegami i wrócić do formuły, którą tak udanie eksplorował na „he Shadow over Atlantis”.

 

Dooban 5