THE WOUNDED KINGS ‒ Consolamentum (Candlelight)

Słuchając czwartego studyjnego albumu kapeli pochodzącej z południowo-zachodniej Anglii, po raz wtóry utwierdzam się w przekonaniu, jak ubogi byłby współczesny heavy metal gdyby nie twórczość Electric Wizard i ich przełomowy „Dopethrone”. Ekipa Jusa Oborna jest przecież bezpośrednio odpowiedzialna za stoner doomowe brzmienie, które z powodzeniem rozwijają właśnie The Wounded Kings, a także choćby Cough czy Windhand. Król może być tylko jeden, ale w jego armii walczy przecież wielu rycerzy. The Wounded Kings należy do najdzielniejszych z nich.

Z pierwszego składu TWK ostał się tylko Steve Mills, ojciec założyciel, główny kompozytor, a dziś przede wszystkim gitarzysta grupy. Co ciekawe, Mills we wczesnych latach 90-tych grał z wyżej wymienionym Obornem w death metalowym Lord of Putrefaction, czyli, jak to się mówi, niedaleko pada jabłko od jabłoni. Ludzie, których udało mu się zaangażować do nagrania „Consolamentum” to krótko mówiąc odpowiednie osoby na odpowiednim miejscu. Zresztą, prawie identyczny kolektyw rejestrował poprzedni, równie udany longplay „In the Chapel of the Black Hand”. Oryginalnego wokalistę George’a Bircha zastąpiła Sharie Neyland i była to zmiana zdecydowanie na lepsze. Jej wysoki, wiedźmowaty i drżący głos dodał uroku ponurej i posępnej muzyce opartej o powtarzające się masywne riffy, których nie wyparliby się Saint Vitus czy Cathedral.The Wounded Kings Press Shots 26/11/13

Biorąc pod uwagę, że Dartmoor, region hrabstwa Devon, z którego pochodzi zespół, był inspiracją dla wypełnionych mrokiem i grozą powieści Arthura Conan Doyle’a czy Agathy Christie, nie dziwi fakt, że płyta The Wounded Kings brzmi, jak soundtrack do zlotu czarownic. Niepokojące aranżacje, kojarzące się ze światłem czarnych świec, zamczyskami i głazami pokrytymi grubym mchem, składające się na ten niespełna 50-minutowy album, to w zasadzie cztery długie kompozycje oraz trzy przerywniki/introdukcje. Otwierający, a jednocześnie najdłuższy „Gnosis” zawiera w sobie esencję stylu Anglików i jest jego najlepszą wizytówką. Przygniatający ciężarem bas, przesterowane gitary i zawodzący wokal to elementy z łatwością wprowadzające słuchacza w stan swoistej hipnozy. Najlepiej po prostu pozostać w jej objęciach, oddając się przyjemności tańca w blasku księżyca.

Adam Drzewucki

Cztery i pół