THE VOIDZ – Virtue (Sony)

Kiedy „Is This It” The Strokes ujrzało światło dzienne lider grupy, Julian Casablancas, miał 23 lata i cały muzyczny świat u swoich stóp. Niestety, do podniesionej w 2001 roku poprzeczki już nigdy później nie doskoczył, (chociaż „Room On Fire” to bardzo dobra płyta) ale ciągle próbował, aż w końcu teraz, 18 lat później, bardzo się do niej zbliżył. Po kilku kiepskich albumach, po krążkach, które skwitować można było krótkim „okej”, znów udało mu się nagrać płytę, obok której nie sposób przejść obojętnie.

The Voidz nie jest nowym projektem. Pierwszy krążek wydali cztery lata temu, przy czym ukazał się on pod szyldem Julian Casablancas and The Voidz, co zapewne miało na celu przyciągniecie większej liczby fanów, bo przecież Casablancas to w indierockowym światku postać uznana i powszechnie ceniona. A jednak „Tyranny”, będące całkiem chwytliwym połączeniem hałaśliwej psychodelii z nieco eksperymentującym rockiem, szału nie zrobił, a opinie na jego temat były bardzo różne. Zespół brzmiał wtedy jeszcze jakby szukał własnego brzmienia, albo punktu wyjścia. Czy na „Virtue” to się udało? Cóż, prawdę powiedziawszy, The Voidz nadal brzmią jakby czegoś szukali; trudno powiedzieć co oni tak naprawdę grają i w jakiej estetyce się poruszają. To krążek eklektyczny, wypełniony przeróżnymi nawiązaniami, co rusz zaskakujący słuchacza. Rockowe, momentami wręcz strokesowe riffy, mieszają się tutaj z elektroniką, zniekształconymi wokalami, soulem, funkiem, szaleństwem a’la Mr. Bungle. Każdy numer jest tu inny, panowie bawią się przeróżnymi stylistykami, bez problemu przechodzą od indie/industrial rockowego bangera („Pyramid Of Bones”) do soul/popowego „Lazy Boys”, a przyjemne „Leave It In My Dreams” jest kompletnym przeciwieństwem zgrzytliwego, przytłumionego i do cna antyradiowego „Black Hole”.The Voidz

No więc wszystko się tu miesza, zacierają się granice pomiędzy pięknem a brzydotą, niepokój, strach i napięcie gwałtownie zamieniają się w radość i spokój. Wszystko to gna do przodu na łeb na szyję, nawet nie mamy czasu wczuć się porządnie w jeden utwór, w jego klimat, bo już pojawia się następny, zupełnie inny od poprzedniego. „Virtue” brzmi jak idealne podsumowanie naszych czasów. Popadanie od skrajności w skrajność, eklektyzm, pośpiech, zmienność, napięcie. Trudno powiedzieć, co artysta miał na myśli, co nam chciał Casablancas powiedzieć. Być może nic, być może to zbiór luźnych obserwacji, spostrzeżeń na temat świata. Z jednej strony bardzo mi się ten album podoba, z chęcią odpalam go po raz kolejny i czerpię z tego przyjemność, a z drugiej troszkę mnie męczy i przeraża. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to jeden z tych krążków, które z czasem tylko zyskają. Kto wie, może i Casablancas właśnie wspomnianą na wstępnie poprzeczkę przeskoczył?

Paweł Drabarek

Pięć i pół