THE THRONE – Fail Threads (Unquiet Records)

Szczeciński The Throne do tej pory nie wyróżniał się właściwie niczym – ot, niezły zespół, ale raczej z marnymi szansami na dotarcie do szerszej publiczności. Od początku było jednak słychać pewne zadatki na nawet całkiem przyzwoite granie, przede wszystkim dzięki upodobaniu do kurewskiego wręcz ciężaru i umiejętności wykreowania pełnego czerni klimatu. Niestety, mimo to ciężko było mówić, aby The Throne posiadał ten tak zwany „własny charakter”. „Fail Threads” również nie sprawi, że nagle o szczecinianach zrobi się głośno, a ich tegoroczna propozycja już teraz zostanie okrzyknięta płytą roku. Mimo to słychać, że jest to zdecydowany krok do przodu na drodze w poszukiwaniu własnej tożsamości.

Szczecińska grupa nie wzięła się za odkrywanie nowych horyzontów, lecz na pewno szuka w dobrym kierunku. W porównaniu do poprzednich wydawnictw – mam tutaj na myśli zwłaszcza „Singularity” – zespół brzmi dużo bardziej hardcore’owo. Pewnie, nadal sporo w muzyce The Throne post-metalowych walców, jednak pojawiające się całkiem często przyspieszenia mogą przywoływać skojarzenia z załogami pokroju Fall Of Efrafa, lub – w przypadku naszego podwórka – Gars (szczecinianie są jednak zdecydowanie brutalniejsi). Skojarzenia z Amenra także nie będą bezpodstawne… Ciężko przy tym mówić o jakimkolwiek złagodzeniu brzmienia – to nadal najcięższa kategoria wagowa. Utrzymano, a wręcz jeszcze bardziej wyostrzono także bardzo sugestywną atmosferę, przez co „Fail Threads” zdaje się aż lepić od mroku. Bardzo pomaga surowy charakter, pozbawiony jakichkolwiek ozdobników czy niepotrzebnych dźwięków. Chłopaki postawili na konkrety, nie bawią się w żadne brzmieniowe ornamenty, lecz wyciągają na wierzch to, co w tej muzyce najważniejsze – czyli wspomniane już ciężar i klimat.the throne

No, ale The Throne to nie jest rzecz jasna płyta idealna. Niby ciężko wskazać jakieś wyraźne mankamenty, niemniej kilka rzeczy troszeczkę przeszkadza w odbiorze płyty. Zarzuty o wtórność nie są bezpodstawne – poszczególne skojarzenia przychodzą raczej dość łatwo. Momentami muzyka Szczecinian staje się też nieco za bardzo jednowymiarowa, bowiem minimalizm ujawnia się nie tylko w aranżach, ale też w budowie kompozycji. Nie oszukujmy się, są one raczej proste i oparte właściwie na trzech patentach: nastrojowa wstawka – walec – przyśpieszenie, niekoniecznie w tej akurat kolejności. No, ale też nie ma co się dopieprzać na siłę, w końcu album trwa nieco ponad dwadzieścia pięć minut, więc zużyta formuła wcale jakoś mocno nie męczy.

Prawdę mówiąc, dużo bardziej odpowiada mi bezpośredni, surowy klimat „Fail Threads” niż usilne zmiękczanie brzmienia post-rockowymi delayami. The Throne nie idą na kompromis i nawet za to wypada ich docenić. Na obecną chwilę zespół ciągle ma jeszcze tylko przesłanki, by kiedyś grać muzykę naprawdę interesującą, ale cieszy fakt, że są one silniejsze niż w przypadku „Singularity”. Jestem bardzo ciekaw, co pokażą na następnym krążku. Póki co – jest naprawdę nieźle, ale to jeszcze nie ekstraklasa.

Michał Fryga

Foto: Maciej Marzewski

Trzy i pół