THE STUBS – Social Death By Rock’n’roll (Instant Classic)

Elvis P. już dawno temu przeniósł się do krainy wiecznych łowów, ale rock’n’roll żyje i ma się świetnie, chociaż w ich przypadku mówimy o „najtańszej” wersji uprawianego gatunku. Wesołe trio The Stubs, ledwo co wspólnym wysiłkiem spłodziło kolejny pełnowymiarowy album, który już za chwilę, już za momencik wpadnie w Wasze łapska. My natomiast jesteśmy już po miksie, masteringu prosto z warszawskiego studia Mustache Ministry, i zarazem po pierwszych, przedpremierowych przesłuchaniach tych jedenastu chwytliwych, melodyjnych, składających się wyłącznie z bluesa i hard rock’a pieśni. A więc, jeśli jesteś gotów umrzeć za rock and roll, czytaj dalej.

Oni zwyczajnie nie umieją siedzieć bezczynnie na dupie. Zawsze mieli twórcze adhd i znienacka nagrywali nowe kawałki, albo płyty, nie jest inaczej i teraz. Muszę przyznać, że od samego początku, czyli od tytułowego kawałka „Social Death By Rock’n’Roll” słychać i czuć godny pochwały polot i swobodę jaką chłopcy wypracowali sobie przez te parę lat, zresztą, cały longplay jest spójny i utrzymany w jednej tonacji, bez szczególnych zakrętów, bo i po co. Kilka piosenek od razu przypadlo mi do gustu i powiem, że naprawdę można się przy tym materiale zrelaksować. Jest też sporo porządnego, rokującego kombinowania gitar z basem, nie wpieprzające się w paradę bębny, dużo niebanalnych aranży, szczypta melancholii, wszystko to powoduje, że mógłbym słuchać w kółko. W „There’s No Mother” jest klimat, riff’y i solo, którego nie powstydziłby się Taduesz Nalepa. Jeden z moich faworytów „Evil Just Like That”, gdzie mamy eleganckie gitary, emocje i zaśpiewany refren „break my heart!”. Super. Dalej wymienię jeszcze „Busted”, który już pojawił się na ostatnim krążku „Second Suicide”, najpierw wprawił mnie w niemałe osłupienie, ale później wywołał uśmiech na mojej nieogolonej gębie. Banjo, prosty beat, tamburyn, a w chórkach Elvis zawodzący z zaświatów. Bez żartów! Serio, niezły hit. Całość kończy się numerem „Salvation Twist”, nie dość że jest jednym z mocniejszych, fajniejszych na płycie, i prawdopodobnie w ich dorobku, zmontowano do niego szalony klip, krążący ostatnio po Intenecie, który zwyczajnie sugeruję zbadać, bo tańczą w nim gołe dziewczyny, no dobra, prawie gołe. Ok, ten album różni się od poprzedniego, jest na pewno czystszy i ładniejszy, ale słychać kto tam gra, a Tomka Szkielę poznałbym nawet gdyby śpiewał pod wodą, tak więc spokojna głowa.Stubs band 2

Jakby ktoś nie wiedział, na okładce maskę i spodenki meksykańskiego zapaśnika przyodział nie kto inny jak Radek – perkusista, można go rozpoznać po tatuażach, wystarczy przejść się przy najbliższej okazji na ich gig, żeby sprawdzić na własne oczy, kiedy w pocie czoła będzie pozbywał się kolejnych części garderoby. Ich koncerty mogłyby powodować szaleństwo i histerię młodych kobiet, niczym za najlepszych czasów tej muzyki. Mogłyby, gdyby chłopaki urodzili się dobre 40 lat temu i wychowali w robotniczej dzielnicy jednego z miast Zjednoczonego Królestwa, albo na zasyfionej farmie w Alabamie. Pomimo tego nie sposób nie cieszyć się z tej płyty, która pewnie przypadnie do gustu nawet Twojej starej i przypomni jej lata 80’te. Dla lepszego efektu radzę odpalić sobie fajka bez filtra, wypić czarną herbatę z fusami i czeskim rumem, ze szklanki w metalowym koszyczku i delektować się chwilą. Dobra robota Panowie!

 Sam Tromsa

Cztery i pół