THE STUBS – s/t (Antena Krzyku/Open Sources)

The Stubs grają muzykę, o jakiej nie powinno się pisać, bo to tak, jakby chciało się za pomocą słów oddać istotę strzału w ryj. Trudno to ująć w słowach, trzeba doświadczyć na własnej szczęce i wtedy będziemy mieli jasność sytuacji.

Cóż, skoro jednak nie mogę zostawić pustego miejsca, skreślę kilka słów na temat płyty. Punk/rock’n’roll w surowym, garażowym wydaniu. Kopiący w dupę aż miło, skrzący się fajnymi riffami i uliczną łobuzerką. Trio nie owija w bawełnę, od początku do końca zapodaje proste, energetyczne hity, w których jak w zwierciadle przegląda się historia takiej muzyki.

W kilku miejscach trochę zaskoczyły mnie tzw. fluidy, a może raczej moja ich interpretacja – bo np. w „Set Me Free” czy „We Are The Stubs” słyszę wyraźnie inspirację Mudhoney. Załoga z Seattle babrze się w podobnym do Stubs bajorze, więc może ubrudzili się tym samym błotem, kto wie… Reszta to surowy, podkreślony dodatkowo naturalną, pozbawioną studyjnych bajerów produkcją (niejaki pan Grzegorz Kucharski z Lazy Sunday Studio…) rock-punk, raz bardziej („Drunk n’roll”) innym razem mniej skoczny (świetny, bluesrockowy „Monogamy Blues”), ale zawsze rasowy i zagrany z dużym znawstwem. Jest ukłon w stronę Motorhead („Rudolf”) i Ramones („Ain’t Trick, Irene”), ale pomijając zabawę w skojarzenia, to po prostu kilka dobrych minut zacnej muzyki. Zabawnej, ale też dobrze zagranej z odpowiednim luzem, dystansem i figlarnością. Słychać, że zamiast wyrachowania i napinki mamy radosne figle trójki dobrze czujących się w swojej skórze muzyków. I co najważniejsze – ta radocha udziela się też słuchającemu. A to w zupełności wystarczy.

Arek Lerch 4