THE STARGAZER’S ASSISTANT – Remoteness Of Light (House of Mythology)

Różne płyty mają różne przeznaczenie. „Highway To Hell” nadaje się do jazdy autostradą, „Blues For The Red Sun” do wyprawy na pustynię, a „Music To Play In The Dark” do słuchania przy świetle księżyca. Zastanawiam się gdzie w tym wszystkim ulokować „Remoteness Of Light”, nowe  dzieło The Stargazer’s Assistant i nie wiem. Może podróż po oceanicznych głębinach? Pod wpływem, oczywiście.

Nie jestem wielkim fanem sztuk wizualnych i nigdy nie byłem. Może wynika to z mojej ignorancji, nie wiem. Ja jednak tłumaczę to sobie tak, że wolę kiedy to moja wyobraźnia, pod wpływem działania innych rodzajów sztuki, tworzy własne obrazy. Ta muzyka właśnie tak działa. Zaczyna się spokojnie, wręcz sielankowo. Bezchmurne niebo, słońce, delikatny wiatr – ale to tylko cisza przed burzą. Po chwili strzępki melodii nikną, a beztroskie dzwoneczki w tle (na pewno ma ten instrument jakąś poważną nazwę, ale jej nie znam. Przyjmijmy więc dzwoneczki…) ustępują miejsca złowrogim odgłosom wydobywającym się jak gdyby z wnętrza ziemi. I tak jest już potem praktycznie cały czas. Gdzieniegdzie trafiają się bardziej przyjemne momenty, ale zdecydowana większość to tocząca się powoli magma.

Sporą rolę odgrywają na płycie instrumenty perkusyjne – wspomniałem już o dzwoneczkach z pierwszych minut „Agents Of Altitude”, ale to dopiero przedsmak. Szczególnie ciekawie brzmią bębny w „World Of Amphibia” – w tym utworze, w pewnym momencie, rytm wychodzi niejako przed szereg. Jest oczywiście transowy, po prostu zapętlony i odziera nieco tę muzykę z resztek brutalności, której, między Bogiem a prawdą, nie ma tutaj zbyt wiele. No właśnie – ta płyta jest całkiem przystępna. Brzmi to w kontekście tego typu twórczości dziwnie, ale są tu strzępki melodii, masa transowych momentów, które – zamiast odrzucać – wprowadzają w przyjemny, hipnotyczny stan. Jasne, nie nadaje się jako tło przy zmywaniu, albo do jazdy komunikacją miejską. W ogóle to nie bardzo nadaje się do słuchania w dzień, ale w odpowiednich warunkach, w odpowiednim nastroju słucha się tej płyty po prostu dobrze.tsga_press_photo_1

Nie lubię określenia „muzyka tła”, ale w przypadku „Remoteness Of Light” ciśnie mi się na klawiaturę. Nie dzieje się w niej zbyt wiele, wszystkie motywy rozwijane są bardzo powoli i, rzeczywiście, momentami brzmi jak soundtrack do jakiegoś filmu grozy. Jednak aby tę muzykę dobrze zrozumieć, trzeba się w nią w skupieniu wsłuchać i dać się jej ponieść. Tylko tyle i aż tyle. To nie jest pozycja obowiązkowa, ale w odpowiedniej atmosferze, przy odpowiednim stanie ducha, czemu nie? Nawet ktoś, kto za dronami tudzież ambientami nie przepada, ten album powinien polubić. Trochę takie brzydkie kaczątko, ale stopniowo odkrywa swoje wdzięki.

Paweł Drabarek

Cztery