THE SORROW – Misery Escape (Napalm Records)

The Sorrow to jeden z nielicznych austriackich zespołów, którym udało się wybić w przeciągu ostatnich lat, zresztą całkiem zasłużenie. Jednakowoż, kiedy słucham ich najnowszej propozycji, głowię się, czy panowie aby nie zatrzymali się na najlepszym czasie dla swojej kariery, czyli gdzieś w okolicach 2007 roku  (zaraz po wydaniu debiutu, i występach na festiwalach, w tym czeskim Masters of Rock).

Utwierdzam się w tym przekonaniu dlatego, że muzyka zawarta na „Misery Escape” nijak ma się do tego, co i jak gra się teraz, a te słodkie i przaśne refreny, którymi raczą nas Austriacy już dawno powinny być wykluczone. Albo chłopaki decydują się na techniczne i brutalne granie (umiejętności im nie odmówię!) albo na słodzenie i próby dotarcia do szerokiego audytorium. Owszem, robili to już wcześniej (najlepszy przykład, szlagier „Death From a Lovers Hand” z debiutu), ale ilość czystych wokali była mocno ograniczona, przez co każdorazowo traktowałem to jako smaczek, moment oddechu od grania ‘’do przodu’’. Dziś, Anno Domini 2012, na „Misery Escape” tych fragmentów jest za dużo, trącą post-hardcore’ową miernotą, i nie dają się skupić na fantastycznej grze obojga gitarzystów. Aspekt techniczny w twórczości The Sorrow nigdy nie był aż tak mocno widoczny, a jako, że od jakiegoś czasu (głównie przez katowanie się albumami tech-death) zwracam na to uwagę, jestem pod szczególnym wrażeniem solówek i harmonii, które wykorzystują. Co prawda, nie wymyślają metalcore’a na nowo, bo, jak zaznaczyłem wyżej, zatrzymali w czasie, ale na upartego, „Misery Escape” może być miłym przerywnikiem od szarej codzienności. Najlepiej na koncercie, bo z tego co pamiętam, The Sorrow obok Heaven Shall Burn to jeden z najlepszych, koncertowych bandów w tej części kontynentu.
Oby tak pozostało. Nawet jeżeli będą nagrywać słabe albumy.

 

Grzegorz „Chain” Pindor