THE SATURDAY TEA – Shindig (Bad Indian Recordings)

Moja głowa płata mi figle na starość. Bo wydaje mi się, że tylko rówieśnicy mogą wymyślić coś skończonego i świadomego. Dziwię się jak ktoś o dwadzieścia lat młodszy potrafi zaskoczyć mnie niesamowitą dojrzałością dźwięków, jak robi to The Saturday Tea. Tymczasem prawda jest taka, że moi rówieśnicy zamiast wymyślać, bardzo często spłacają alimenty albo zaczynają szukać lekarzy dla swoich bolączek. Wolność jest po stronie tych, co nie pamiętają czołgów z czasów stanu wojennego…

Na początek warszawska załoga postanowiła jednak zmylić przeciwnika. „Walking Dead” i „Don’t Look Back” to klasyczne, garażowe napieranie w stylu, no powiedzmy, Nirvany. Takie inspiracje starą, seattle’owską szkołą mi tu wychodzą. Na tym jednak oczywistości się, na szczęście, kończą. Poczynając od wyciszonego „Except For You” zespół już nie zamierza niczego ułatwiać, pokazując jednocześnie w jak bardzo wysmakowany, choć nadal nieco hałaśliwy sposób można grać rocka.TST

Przede wszystkim – oszczędność. Czasami wydaje mi się, że grają sterani życiem bluesmani, którzy wiedzą już wszystko i za pomocą jednego pociągnięcia po strunach potrafią wyrazić cały ból dupy. Dosłownie. Być może duża w tym wszystkim zasługa mistrzowskiej produkcji (Michał Kupicz), która fajnie eksponuje te mniej oczywiste dla rocka dźwięki. Pięknie się to prezentuje w „Holes In Black Road” (oj, nasłuchało się chyba braci Reid) i żałobnym bluesie „Albino”. To szczytowanie płyty i minimalistycznej, ale jakże emocjonalnej formy. Nieco southern’ rocka (takiego w starym wydaniu, niezbyt zmetalizowanego…) zespół przemyca w „Lonesome and Disturbed”, by wreszcie na koniec powrócić do ukochanego Seattle i początku lat 90 – tych w madhanejowatym „If My Dreams Come True”. Długi kawałek z fajnym, zaskakującym zakończeniem. I tutaj największy szok, bo wymienione przeze mnie, w dużej mierze ewidentnie amerykańskie inspiracje są podane z blazą godną największych mistrzów brytyjskiego smędzenia, smutnych chłopców z gitarami. Taki wkurzający i wciągający jednocześnie, niechlujny introwertyzm wyziera z każdego dźwięku, powodując, że cały czas mamy wrażenie, iż zespół dopiero próbuje, rozkręca się i już, już, zacznie grać… ale do spełnienia nie dochodzi, bo tu wszystko jest pozornie niedokończone, szkicowane w takim pięknym, dojrzałym, „starym” stylu. Sam miód. Błotnisty w dodatku…

Nie lubię zakończeń i podsumowań, bo cóż można tu wymyślić? Może to, że swoją płytą The Saturday Tea nie daje jednoznacznej odpowiedzi, dokąd zmierza. Bo równie dobrze wypada wrzeszcząc i sprzęgając, jak gapiąc się na swoje buty w niezmierzonym smutku. Okazuje się, że młodość wcale nie musi być głupia.

Arek Lerch

Zdjęcie: Marcin Klinger

Pięć